Człowiek jest zwierzęciem stadnym, mówi jeden z bon motów; zwraca on – zresztą całkiem słusznie – uwagę na to, że ludzie co do zasady funkcjonują w grupach. Samotność nie jest naszym stanem naturalnym, wręcz przeciwnie. Żyjemy obok siebie, połączeni siatką zależności, nasze istnienie nie jest historią bytów niezależnych. Ludzie żyją razem i współpracują.
Silvertown już na początku podaje ciekawe przykłady. We wrześniu 1985 r. w Meksyku zadrżała ziemia. Trzęsienie ziemi było największym odnotowanym kataklizmem w tamtym rejonie. Szacuje się, że zginęło dziesięć tysięcy osób, choć dokładna liczba nie jest znana. Władze kraju były jak sparaliżowane, dlatego mieszkańcy podjęli się ratowania sąsiadów na własną rękę. W krytycznych pierwszych dniach po trzęsieniu wydobyli spod gruzów cztery tysiące ofiar. Wśród mieszkańców, którzy pospieszyli z pomocą pogrzebanym żywcem w gruzowisku, była grupa młodych ludzi z Tlatelolco – tzw. „złej” dzielnicy, do której wieczorami nikt się nie zapuszczał. I to właśnie oni postawili sobie za punkt honoru wchodzić do budynków, do których nie odważył się wejść nikt inny. Nie mieli wyszkolenia ani sprzętu, ale mieli wolę i siłę, by robić to, co konieczne.
