„Diuna” – najbardziej epicki film od czasu trylogii „Władcy pierścieni”

Diuna to tyleż samo brutalna, co zapierająca dech w piersiach, synestetyczna symfonia obrazu, dźwięku i narracji, która przypomina widzom do czego stworzone zostało kino. Z epickim rozmachem, z całą wszechogarniającą głębią wszechświata (wszechświatów?), planet, ich władców i zwykłych mieszkańców. Dlatego też, choć Diuna ma być dostępna również w streamingu, przystosowana do rozwiązań Home video, jedyny prawidłowy sposób odbioru tego filmu to sala kinowa.

O czym opowiada film napiszę bardzo krótko, ponieważ jak przystało na dzieło kultowe, raczej każdy przynajmniej ogólnie kojarzy podstawowe założenia fabularne. Dlatego fabułę filmu opiszę bardzo krótko, jedynie dla porządku: w odległej przyszłości ludzkość buduje statki kosmiczne, eksploruje kolejne galaktyki i zasiedla kolejne planety. Jednak wszystkie te maszyny są zasilane substancją o nazwie Spice, którą można znaleźć tylko na jałowej pustynnej planecie Arrakis. Planeta staje się zatem najcenniejszym miejscem we wszechświecie, o którą spierają się wpływowe rody. Mówi się, że kto kontroluje Spice, kontroluje wszechświat. Paul Atreides pochodzi z jednego z tych potężnych rodów. Jego ojciec, książę Leto, otrzymuje od imperatora polecenie przejęcia władzy nad Arrakis. Harkonneni, którzy wcześniej rządzili planetą, zawiązuje intrygę przeciwko swoim następcom. Trzecią stroną zatargu są Fremeni, pierwotni mieszkańcy Arrakis, którzy chcą odzyskać kontrolę nad własnym domem.

Moje oczekiwania wobec filmu, biorąc pod uwagę to, co było wiadomo jeszcze przed premierą były bardzo duże ale sądzę, że uzasadnione. Przede wszystkim przekonała mnie postać reżysera. Uznaję Denisa Villeneuve za niesamowicie utalentowanego twórcę, który w ostatnich latach przysporzył mi wiele niezapomnianych wrażeń, tworząc niezwykle mroczne i brutalne narracje (Sicario), który dobrze się czuje w akcji rozwijanej z rozmachem, dynamicznych, krótkich ujęć i lubi pokazywać niemal naturalistyczne obrazy zmagań militarnych. Robi to jednak z pewnym artyzmem, który nie pozwala przekroczyć granicy smaku i nie pozostawia widza z wrażeniem, że którakolwiek ze scen jest nieuzasadniona. Nie ma on też problemu z wykorzystaniem ciszy jako środka artystycznego i dalekich ujęć (Blade Runner 2049). A urywki z trailerów sugerowały, że w Diunie będziemy mieli do czynienia z wykorzystaniem obu tych rozwiązań twórczych. Świat przedstawiony będziemy podziwiali zarówno w skali mikro jak i makro.

Wielkim atutem przemawiającym za sukcesem filmu był również fakt, że za ścieżkę dźwiękową był odpowiedzialny Hans Zimmer, który podobno zerwał współpracę z Christopherem Nolanem nad muzyką do jego produkcji Tenet specjalnie na potrzeby Diuny. I tutaj udowadnia, że jest najlepszym kompozytorem, jakiego kiedykolwiek miało Hollywood.

Obiecująca była w końcu obsada. Widzieliśmy kilku już sprawdzonych aktorów, którzy brylują od kilku lat na dużym ekranie, choć być może nie są jeszcze tak uznanymi aktorami, ale już posiadają własną renomę, jak Oscar Isaac i Jason Momoa, Rebeca Ferguson oraz nowicjusze Zendaya i Timothée Chalamet, którzy na ekranie prezentowali się naprawdę obiecująco. No i w kocu najbardziej pociągający w filmie był fakt, że to… Diuna. Jedna z tych powieści, która jest uważana za dzieło kultowe, jej adaptacja z lat osiemdziesiątych była chyba pierwszym filmem science-fiction, który oglądałem, dlatego aspekt sentymentalny był tu również niezwykle istotny.

Diuna jest nasycona niesamowicie intensywnym obrazem, kamera jest blisko bohaterów, obraz jest niezwykle ostry, widzimy każdą ranę, bliznę, zmarszczkę. To jest ten film, w którym widz patrzy bohaterom w oczy i może w nich zobaczyć każdą emocję. Bardzo dobrze udało się oddać grozę i aspekt mityczny najgroźniejszych stworzeń Arrakis – robaków piaskowych. Odgrywają one tutaj szczególną rolę, są czymś w rodzaju quasi-bogów, przedstawicielami świata poza światem, ponieważ z tymi stworzeniami nie mierzą się żadne armie. Te gigantyczne potwory wypełniają cały ekran, a spotkania z nimi są zawsze wyjątkowymi chwilami. Wydaje mi się, że Villeneuve w jakiś sposób czuje szczególną estymę wobec tych stworzeń. Kulminacją jest scena, w której główni bohaterowie spotykają się z nimi bezpośrednio. Urywek tejże widać w jednym z trailerów, myślę, że tej scenie można by nawet nadać tytuł: „Kiedy patrzysz w otchłań, ona patrzy na Ciebie”. Całość jest często uchwycona w ujęciu panoramicznym, scenerie są niesamowicie rozległe i jako widzowie czujemy się w tym wszechświecie malutcy. Przy tym całość wygląda spójnie i wiarygodnie. Widać dbałość o detale, jak choćby to, że piekielne pustynie Arrakis determinują odpowiedni rodzaj pojazdów i odzieży używanej przez mieszkańców do przetrwania ciągłych burz piaskowych i palącego gorąca, ale także zachowania i zwyczaje mieszkańców odpowiadają tej scenerii. Pustynia jest bezlitosna i nie da się jej okiełznać, można się tylko dostosować.

Nie jest zaskoczeniem, że pod wierzchnią warstwą powieści science-fiction film podejmuje wiele złożonych tematów: od drapieżności polityki, przez imperializm w wydaniach zarówno klasycznym jak i nowoczesnym, aż po prawa człowieka, szczególnie o samostanowieniu jednostek i społeczeństw. Diuna jest zatem epopeją, która zajmuje się problemami, które dotyczą nas dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek. To fikcyjna opowieść o głęboko podzielonych społeczeństwach, sile i niebezpieczeństwach religii i fanatyzmu religijnego, korupcji i polityce, a także wyzysku przemysłowym i jego konsekwencjach – wszystko to brzmi tak znajomo, że przyprawia widzów o zgrzytanie zębów, wszystkie te doświadczenia są aż nazbyt bliskie i namacalne.

Właśnie dlatego uważam, że Diuna dla dzisiejszego kina jest filmem bardzo ważnym. Jesteśmy przecież świadkami zmian, które zostały wymuszone przez internet – współistnienie tej tradycyjnej formy prezentowania filmów oraz platform streamingowych. Przecież doszliśmy już do tego, że niektóre blockbustery mają premierę równolegle w kinach i w internecie. Diuna natomiast dzięki swojemu rozmachowi, swojej wspaniałej formie wizualnej: żywym kolorom, wyjątkowym obrazom, wizją świata przedstawionego sprawia, że jest tak wiele do zobaczenia, jest tak wiele szczegółów i detali do dostrzeżenia, że wydaje mi się, że można odnaleźć coś nowego nawet w drugim, trzecim czy czwartym seansie. Muzyka natomiast wspaniale dopełnia obraz. Wszystko to sprawia, że mały ekran i streaming daje niepełne doświadczenie obcowania z tym filmem.

Czy jest coś za co film można krytykować? Owszem: sztampowi bohaterowie drugoplanowi, po sienkiewiczowsku jednoznaczne postacie; sceny walki wręcz są nieco za szybkie i chaotyczne. Dla niektórych akcja może też się toczyć nieco zbyt wolno ale to fakt – Villeneuve się nie spieszy, bardzo cierpliwie wyjaśnia widzom relacje między bohaterami i rodami; nie wrzuca widzów w świat przedstawiony ale raczej powoli ich wprowadza. Co samo w sobie może być zarówno wadą (dłużyzny) jak i zaletą (lepsze wczucie się w akcję i utożsamienie z bohaterami).

reżyser: Denis Villeneuve
scenariusz: Eric Roth, Denis Villeneuve, Jon Spaihts

obsada:
Timothée Chalamet – Paul Atryda
Rebecca Ferguson – Lady Jessica
Oscar Isaac – Książę Leto Atryda
Zendaya – Chani
Stephen McKinley Henderson – Thufir Hawat
Jason Momoa – Duncan Idaho
Josh Brolin – Gurney Hallek

Rafał Siemko
Autor jaki jest, każdy widzi. Absolwent filologii polskiej, na co dzień pracuje w branży ubezpieczeniowej. Wielbiciel Metalliki, poezji Herberta, Miłosza i Szymborskiej oraz prozy Camusa i Vargasa-Llosy.
Skąd nazwa bloga? Rano czytam, później idę do pracy; po pracy gram na gitarze albo w piłkę nożną bądź squasha. A czas na pisanie znajduję jedynie w nocy.
Rafał Siemko on Blogger

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *