Czy NPC śnią o elektronicznym cappuccino? „Free guy”

Nie jestem pewny, jaką pisownię zastosować? NPCe? Enpece? eNPeCe? Chodzi oczywiście o spolszczone pojęcie non-playable character, pochodzące z gier komputerowych i dotyczy ono pobocznych postaci, które – mówiąc oględnie – wypełniają świat przedstawiony w grach ale w zasadzie nic nie robią oprócz tego, że są.

Niestety nie znalazłem żadnej porady językoznawczej, dlatego będę używał oryginalnego skrótowca. NPC pełnią jedynie funkcję wypełniacza. Zazwyczaj ograniczają się do wykonywania tych samych, najprostszych czynności, wypowiadania tych samych kwestii. Gracze najczęściej nie zwracają na nie uwagi, a czasami z nudy wchodzą z nimi w (bardzo ograniczone interakcje). Co by się stało, gdyby te postacie miały możliwość uczenia się, rozwijania, ewoluowania…

Ryan Reynolds grający główną rolę w filmie wciela się w tytułowego Guya, protagonistę będącego tutaj paradoksalnie jedynie NPC w bijącej rekordy popularności grze MMO Free City. Doskonałym wprowadzeniem w charakter filmu jest ekspozycja – pierwsze sceny pokazują nam świat, w którym codziennością są napady na banki, strzelaniny, czołgi jeżdżące po ulicach, napady rabunkowe, spadające śmigłowce i wszelkiego rodzaju przemoc i przestępstwa, jakie tylko możemy sobie wyobrazić. I wszystko to widzimy na ekranie. Wizja przerażająca ale całkowitym kontrastem do niej jest reakcja głównego bohatera i jego przyjaciół na świat w którym żyją – traktują to jak codzienność, jak coś najbardziej normalnego na świecie. Guy co rano wstaje, przywdziewa taki sam uniform, pije tę samą kawę w tej samej kawiarni (bo twórcy gry przewidzieli tylko jeden rodzaj kawy), idzie do pracy w banku jako kasjer, wydaje tym samym osobom czeki i… uczestniczy kilka razy dziennie w wyglądających dokładnie tak samo napadach. I robi to wszystko z takim samym, niezmiennym optymizmem. Do czasu, aż spotkał awatar pewnej dziewczyny, za sprawą której coś się zmienia.

Jak można się domyślić, będziemy też świadkami przenikania się dwóch światów – rzeczywistego i wirtualnego. Nie będzie żadnym zaskoczeniem dla widza to, że napotkana dziewczyna to graczka, która ma własny cel związany z grą – musi w niej odnaleźć coś, co pomoże jej w realnym świecie. Guy wchodzi w bardzo skomplikowaną relację, która przecież nie może się pozytywnie zakończyć.

Film nie jest jakąś wariacją Toy story, w którym zabawki ożywają pod nieobecność właścicieli. Nie jest to też nieprzemyślany amalgamat wszelkich pojęć związanych z gamingiem, który by tworzył niestrawną papkę. Przeciwnie, widać, że cała koncepcja filmu została gruntownie przemyślana, jest wewnętrznie spójna i logiczna, a co najważniejsze – działa! Wszystko, co widzimy na ekranie dzieje się z jakiegoś powodu i ma jakiś cel. Nie miałem ani przez moment wrażenia, że coś jest dodane na siłę, dopchnięte kolanem. Przeciwnie – nawet te wszystkie absurdalne wydarzenia, które dzieją się w tle są tam, ponieważ powinny być. To one stanowią świat gry komputerowej, którą istotą jest strzelanie, gromadzenie coraz lepszej broni oraz pieniędzy. Bohater nie zwraca na nie uwagi, widz je widzi i dostrzega komizm tej całej sytuacji.

Zasygnalizowałem wcześniej, że w filmie pojawiają się też zagadnienia moralne związane z rozwojem sztucznej inteligencji. Podstawowe pytanie jest takie, czy można mówić w tej perspektywie o życiu,  także czy moralność ludzka powinna – i pod jakimi warunkami – objąć również sztuczną inteligencję. Problematyka ta jest już dosyć wyeksploatowana i wydaje się, że nic nowego nie da się powiedzieć. I wcale nie jest to zagadnienie, które pojawiło się kilka lat temu, od kiedy obserwujemy skokowy wręcz rozwój technologii. Wystarczy wspomnieć opowiadanie Stanisława Lema Czy pan istnieje, panie Jones. Choć w przypadku Free Guya moje pierwsze skojarzenie prowadziło do trzech odcinków serialu Black Mirror: „U.S.S. Callister”, „White Christmas” oraz „Playtest”. Szczególnie ten pierwszy z uwagi na podobny motyw gry komputerowej. Jednakże Black Mirror przedstawia wiję o wiele bardziej mroczną i pesymistyczną. Free guy nie podejmuje aż w tak dużym stopniu motywów egzystencjalnych, stanowią one jedynie tło, są ledwo zarysowane, podane wprost ale nie rozwijane. Być może jako pewną bazę do rozważań już po seansie. Ale to akurat dobrze, że film nie udaje tego, czym nie jest, bo też nie chce być.

Free Guy to rozrywka, zabawa konwencją, udane żarty słowne no i doskonałe easter eggi, które stanowią mrugnięcie okiem do widzów, którzy są konsumentami popkultury. A całości dopełniają liczne ale też subtelne cameos – konia z rzędem temu, kto zauważy wszystkie!

 

Na fotografii wyżej znajdują się przykłady osób, które wystąpiły gościnnie w filmie. Sam Ryan Reynolds nazywa Free Gyua filmem o przyjaźni, być może coś w tym jest. Mimo wszystko motyw przyjaźni Guya ze strażnikiem w jego banku, Buddym jest dosyć wyraźnie zarysowana i gra ważną rolę w całej historii. I trzeba dodać jeszcze jedno – Reynolds w Famy Guy jest w swojej szczytowej formie aktorskiej.

Free Guy przyniósł ze sobą coś, czego dawno już nie czułem w kinie – powiew świeżości, coś nowego. Historia Guya jest tragiczna ale w swoim tragizmie też komiczna. Choć widz bardzo szybko dostrzega konwencję i tego tragizmu nie widać, widać tylko tenże komizm, który jest w filmie wszechobecny. Co najważniejsze – film ma do zaoferowania dużo więcej, niż zwykłe żarty słowne, nie używa też głupiutkich slapstickowych gagów. Co również istotne – trailery wcale nie pokazały wszystkich pomysłów twórców. Nie pokazały nawet ich części, film ma do zaoferowania więcej, niż może się wydawać na ich podstawie. Jedyne, co mnie się nie spodobało to było zdecydowanie zbyt przesłodzone zakończenie. Rozumiem, że to film rozrywkowy i wszyscy lubimy dobre zakończenia ale cholera tutaj było to jedno z tym, po których chciałem powiedzieć: „rzygam tęczą”… Ale poza tym nie mam filmowi nic do zarzucenia – polecam każdemu, nie tylko graczom.

reżyseria: Shawn Levy
scenariusz: Matt Lieberman / Zak Penn
Ryan Reynolds: Guy
Jodie Comer: Milly / Molotov Girl
Lil Rel Howery: Buddy
Utkarsh Ambudkar: Mouser
Joe Keery: Keys
Taika Waititi: Antwan

Rafał Siemko
Autor jaki jest, każdy widzi. Absolwent filologii polskiej, na co dzień pracuje w branży ubezpieczeniowej. Wielbiciel Metalliki, poezji Herberta, Miłosza i Szymborskiej oraz prozy Camusa i Vargasa-Llosy.
Skąd nazwa bloga? Rano czytam, później idę do pracy; po pracy gram na gitarze albo w piłkę nożną bądź squasha. A czas na pisanie znajduję jedynie w nocy.
Rafał Siemko on Blogger

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *