Dybuk w Teatrze Żydowskim

Dybukiem w folklorze żydowskim nazywano ducha zmarłej osoby, która przejęła we władanie ciało osoby żywej. Dybukiem nazywano również duszę zmarłego, która nie może zaznać spoczynku z powodu popełnionych grzechów. W naszym kręgu kulturowym można określić to jednym słowem: „opętanie”.

Lea bardzo kochała pewnego młodzieńca. Była to miłość, którą przeżywa się tylko raz w życiu. Kiedy dusze dwojga ludzi spalają się w jedną. Dwie osoby stają się jedną, co też symbolicznie dokonuje się na scenie już na samym początku przedstawienia – widzimy dwoje młodych ludzi w beztroskich miłosnych  igraszkach. Młodzieniec umiera, a Lea niemal natychmiast zamienia żałobny woal na ślubny welon. Ojciec zaaranżował jej małżeństwo z dobrze urodzonym i zamożnym chłopcem. Lea – zgodnie z tradycją – idzie na cmentarz i zaprasza swoją nieżyjącą już matkę na swój ślub, ale robi też coś czego nie powinna – zaprasza na swój ślub zmarłego kochanka.

Mistycyzm żydowski obecny w przedstawieniu może być dla polskiego widza bardzo rodzimy. Wystarczy wspomnieć, że „rytuał” zapraszania zmarłych na wesele jest bardzo podobny do tego z Wesela Wyspiańskiego, kiedy pijany Pan młody zaprasza na zabawę weselną chochoła i inne niespokojne dusze. Motyw miłości młodzieńca do swojej wybranki, która nie wygasa nawet po śmierci pojawił się w Romantyczności Mickiewicza:

Słuchaj, dzieweczko!

– Ona nie słucha –

To dzień biały! to miasteczko!

Przy tobie nie ma żywego ducha.

Co tam wkoło siebie chwytasz?

Kogo wołasz, z kim się witasz?

Jest oczywiście znaczna różnica między widzeniem zmarłych, a pozostaniem przez nich opętanym, ale przesłanie utworów jest takie samo. Trudno mi powiedzieć, czy dramat czerpie z tradycji polskiego romantyzmy, ale z cała pewnością można dostrzec pewne paralele. Motyw miłości, która trwa nawet po śmierci, duchów zmarłych, którzy towarzyszą żywym i powracają po śmierci do naszego świata również nie jest obcy polskiej tradycji literackiej i kulturowej.

Jednakże żaden z powyższych motywów nie jest najważniejszy w spektaklu Teatru Żydowskiego. Maja Kleczewska oraz Łukasz Chotkowski (ta pierwsza odpowiedzialna za reżyserię i scenariusz, Chotkowski był współtwórcą scenariusza) poszerzyli spektrum znaczeniowe dramatu Szymona An-skiego, dodając do niego wątki związane z holokaustem. I to właśnie Shoah staje się głównym tematem przestawienia. Ofiary nazizmu powracają na ziemię, stają u boku żywych. Dramat każdego z nich staje się dramatem świata, ból i cierpienie martwych stają się cierpieniem żywych. Szczególnie dobitnie zostaje podkreślony motyw pochodzący z mistycyzmu żydowskiego o przerwanej przed czasem linii życia. Zgodnie z wierzeniem Narodu Wybranego dusze zmarłych przed czasem nie potrafią zaznać spokoju i pozostają na ziemi, wśród żywych. Ich dramat nie jest dramatem jednostki, ale całego świata, ponieważ nie ogranicza się jedynie do nich, ale też do ich nienarodzonych dzieci, dzieci ich dzieci i tak dalej aż do końca świata. Są to również czynności, których nie wykonali, których nie mieli szansy wykonać; wybory, których nie mieli szans dokonać. Jest to coś w rodzaju negatywu życia, jego przejawy objawiają się w ich braku. Zadaniem żywych jest zachować pamięć. Nie tylko z szacunku dla przodków ale też przede wszystkim z tego względu, że historia powtarza się, kiedy zapominamy. Totalitaryzmy nie zniknęły z powierzchni ziemi, czają się uśpione.

Wizualnie spektakl jest bardzo dobrze zrealizowany. W tle znajduje się lustro weneckie, na którym też odbywają się pokazy multimedialne. Czasami lustro zamienia się w szybę i widzimy co się dzieje po drugiej stronie sceny – na przykład widzimy kantora odśpiewującego Kadysz za duszę zmarłego. Robi to naprawdę wielkie wrażenie. Jedyne zastrzeżenia mogę mieć do strony dźwiękowej przedstawienia – pierwsze kilkanaście minut to istna kakofonia dźwięku, hałas, krzyki. Aktorzy krzyczą swoje kwestie do mikrofonów. Do mnie estetyka hałasu nie przemawia. Jestem konserwatystą pod tym względem – według mnie aktorzy powinni wypowiadać swoje kwestie bez wspomagania technicznego. A jeśli warunki na to nie pozwalają, to o wiele lepiej jest użyć niewidocznych mikroportów niż nakazać aktorom mówić do mikrofonów trzymanych w rękach. Nieco burzy to nastrój przedstawienia.

Wygraną tego przedstawienia pozostaje chyba odtwórczyni roli Lei, Magdalena Koleśnik. Młoda aktorka zrobiła duże wrażenie nie tylko na mnie, ale na wszystkich widzach. Rola Lei wymagała od niej płynnego przechodzenia od niewinnej dziewczynki, przez skrzywdzoną kobietę, aż po obsceniczną i sarkastyczną opętaną. Pani Małgorzata okazała się doskonałą aktorką, która podołała trudnemu zadaniu.

Dybuk Teatru Żydowskiego nie jest Dybukiem Szymona An-skiego. Jest to spektakl wychodzący poza ramy dramatu, będącego nazywanym „jidyszowym Romeo i Julią”. Jest czymś więcej, dotyka bardziej uniwersalnych spraw, ma być głosem sumienia i pamięci żywych wobec umarłych. A przede wszystkim przestrogą.

 

Tekst pierwotnie ukazał się w portalu TerazTeatr.pl

 

Data premiery: 17.04.2015

Reżyseria: Maja Kleczewska

Przekład: Michał Friedman

Scenariusz: Maja Kleczewska, Łukasz Chotkowski

Kostiumy: Konrad Parol

Dramaturgia: Łukasz Chotkowski

Muzyka: Stefan Węgłowski

Scenografia, światła, video: Wojciech Puś

Asystent reżysera: Jędrzej Piaskowski




Obsada:

Marcin Błaszak: Menasze

Piotr Chomik: Michael

Genady Iskhakov: Śpiewak, Kantor

Magdalena Koleśnik (gościnnie): Lea

Joanna Przybyłowska: Matka Lei, Oblubienica z 1648 r.

Henryk Rajfer: Rebe Azriel (Cadyk)

Rafał Rutowicz: Rebe Szymszon

Wanda Siemaszko: Sura Bas Tojwim, Żydówka z czasu Holocaustu

Piotr Sierecki: Henoch, Oblubieniec z 1648 r.

Piotr Stramowski (gościnnie): Chunon

Barbara Szeliga: Niewidoma Żydówka, Żydówka z czasu Holocaustu

Dawid Szurmiej: Kantor

Gołda Tencer: Lea z przeszłości

Ewa Tucholska: Frade

Jerzy Walczak: Meszulach, Muzułman z Obozu Zagłady

Marek Węglarski: Sender
Rafał Siemko
Autor jaki jest, każdy widzi. Absolwent filologii polskiej, na co dzień pracuje w branży ubezpieczeniowej. Wielbiciel Metalliki, poezji Herberta, Miłosza i Szymborskiej oraz prozy Camusa i Vargasa-Llosy.
Skąd nazwa bloga? Rano czytam, później idę do pracy; po pracy gram na gitarze albo w piłkę nożną bądź squasha. A czas na pisanie znajduję jedynie w nocy.
Rafał Siemko on Blogger

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *