„Mąż i żona”. Komedia Aleksandra Fredry w adaptacji Teatru Polskiego

Mąż i żona to jedna z najwcześniejszych komedii Aleksandra Fredry. Powstała najpewniej w 1821 roku (czyli jeszcze przed trzydziestymi urodzinami autora) i od razu po debiucie na deskach sceny teatralnej wzbudziła kontrowersje i zgorszenie wśród części krytyków opisywanym w niej rozluźnieniem norm moralnych, wszak utwór opowiada o czworgu bohaterów uwikłanych w perypetie miłosne o dużym zabarwieniu erotycznym. Adaptacja komedii zrealizowana przez Teatr Polski została osadzona w realiach Polski modernistycznej, w przededniu drugiej wojny światowej.

Elwira, znudzona małżeństwem i oziębłością małżonka, hrabiego Wacława, od dłuższego czasu (niespełna roku, jak się wkrótce widz dowie) jest uwikłana w romans z przyjacielem domu, Alfredem. Nie wiemy, czy ich małżeństwo było skutkiem miłości czy też pożądania, jednak widać wyraźnie, że to co ich łączyło już nieodwracalnie przeminęło i małżeństwo, w którym tkwią jest jedynie fasadą. Alfred umila kobiecie czas i pozwala odetchnąć od towarzystwa męża. Utrzymuje przy tym, że Elwirę kocha całą swoją duszą i będzie ją kochał zawsze (miłość „romantyczna”), ale nie przeszkadza mu to  w uwodzeniu młodej i niezwykle urodziwej służącej Justyny, która równocześnie pozostaje obiektem nieskrywanej i pełnej namiętności adoracji pana domu, Hrabiego Wacława. Co z tego wyniknie, można się spodziewać.

Komedia Aleksandra Fredry, a zatem też przedstawienie Teatru Polskiego obraca się wokół nie trójkąt, ale nawet czworokąta miłosnego (w pewnej epizodycznej scenie mamy nawet piąty bok tej figury geometrycznej), w którym każdy zdradza każdego, wszyscy tego żałują, ale nikt nie chce zmienić sytuacji. W pewnym sensie autor powiela stereotypowy schemat relacji damsko-męskich, w którym mężczyzna jest zdobywcą, kobieta natomiast jest zdobywana kłamstwami, w które chce wierzyć, choć wie, że słowo mężczyzny nie jest nic warte. I ten schemat wtłacza w formę karykatury oraz komedii sytuacyjnej i charakterów. Fredro wikła swoich bohaterów w sytuacje pełne komizmu, humoru słownego. Każe swoim bohaterom potępiać innych, a w istocie siebie samych. Napięcie wzrasta, ponieważ widzowie oczekują z niecierpliwością na konfrontację wszystkich kochanków w jednej scenie, która musi w końcu nastąpić – i następuje.

Mąż i żona nie jest jednak tylko komedią o zabarwieniu erotycznym. Jest czymś więcej. Stanowi też w jakimś stopniu studium relacji międzyludzkich, w których kłamstwo zastępuje prawdę, a hipokryzja i zdrada są symbolem upadku obyczajowości. Widzimy mężczyzn, który zazdrośni do granic przyzwoitości o swoje kochanki, nie widzą nic złego w swoim postępowaniu; widzimy kobiety, które pragną uczucia, nawet za cenę oszukiwania siebie i swoich bliskich.

Przedstawienie Teatru Polskiego jest doskonałe nie tylko dzięki wspaniałemu utworowi, będącemu wynikiem wnikliwej obserwacji relacji międzyludzkich i talentowi komicznemu autora, ale też doskonałej realizacji oraz umiejętnościom aktorskim obsady. Nie tylko aktorskim, wszak dramaturg czy też reżyser (a może obaj) kazali kilku aktorom grać na fortepianie Etiudę rewolucyjną Fryderyka Chopina (przynajmniej wydaje mi się, że jest ona grana na żywo przez aktorów; ciekawe, że jest ona tłem i niejako symbolem dla miłosnych igraszek. Kompozytor przyznał, że Etiuda powstała jako ujście żalu i bólu po upadku powstania listopadowego), tańczyć, grać gestem i twarzą. Chwilami komedia przybiera formę wodewilu. Wielkie uznanie należy się całej obsadzie, gdyż każdy z aktorów wspaniale wywiązał się ze swojej roli. Dlatego też podkreślam: ten spektakl aktorsko – pierwsza klasa! Dla sprawiedliwości przywołam nazwiska wszystkich, których umiejętności można podziwiać w przedstawieniu: Marta Kurzak, Lidia Sadowa, Piotr Bajtlik, Tomasz Błasiak, Maksymilian Rogacki.

Całe szczęście wszystko dobrze się kończy. Ale czy na pewno? W żadnym wypadku. Nie ma katharsis. Spektakl kończy się sceną, w której bohaterowie są pogrążeni w amoku, w tańcu którego końca nie widać. Oni tańczą, a światło gaśnie. Scena powoli spowija się w ciemności, które symbolicznie zwiastują nadejście Drugiej Wojny Światowej. Finał zamiast oczyszczenia przynosi katastrofę. Wydaje się, że Teatr Polski w swojej interpretacji klasycznego utworu dodał jeden wątek – spektakl z perspektywy całości wpisuje się w historiozofię, która mówi, że powszechny upadek moralny i obyczajowości (szczególnie upadek miłości) jest zwiastunem większej katastrofy; przesilenia, po którym przez świat czeka wielki kataklizm.

 

 

tekst pierwotnie ukazał się w portalu Teraz Teatr.

Rafał Siemko
Autor jaki jest, każdy widzi. Absolwent filologii polskiej, na co dzień pracuje w branży ubezpieczeniowej. Wielbiciel Metalliki, poezji Herberta, Miłosza i Szymborskiej oraz prozy Camusa i Vargasa-Llosy.
Skąd nazwa bloga? Rano czytam, później idę do pracy; po pracy gram na gitarze albo w piłkę nożną bądź squasha. A czas na pisanie znajduję jedynie w nocy.
Rafał Siemko on Blogger

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *