Mózg w oparach morfiny – Szczepan Twardoch, Morfina

Bohaterem powieści Szczepana Twardocha jest Konstanty Willemann, mężczyzna ze słabością do alkoholu, urągający na pijackim rauszu całemu światu i wszystkim ludziom wokół. Ma bardzo wysokie mniemanie o sobie, dorównuje mu prawie poziom jego cynizmu i wyrachowania. Patrzy na wszystkich z góry, uważa się za najmądrzejszego, gardzi innymi ze względu na ich nędzę – sam pochodzi z arystokratycznej rodziny. Jakoś nie może zauważyć, że pod niemiecką okupacją dzieli los z tymi, którymi pogardza. Ma niekończące się pokłady sarkazmu, które odzywają się czasami w jego myślach, czasami – w wypowiedziach. Powiedział sam o sobie:

Orzeczenie biegłych: jest zdrowy umysłowo i rozumie znaczenie swych czynów, choć mieści się w nich megalomania pseudoarystokracji, która pod wpływem alkoholu, morfiny, kokainy i złego otoczenia przybiera konkretne formy zewnętrzne chorobliwego działania jako wielkiego pana rozrzucającego pieniądze bez chęci zysku osobistego[1].

Jego cynizm jest ogromny – nie cofnął się nawet przez kradzieżą kwiatów z grobu, gdy nie kupił żadnych swojej kochance Salome – wyuzdanej nimfomance, którą można nazwać kobietą upadłą. Konstanty czuje się wspaniale, gdy może brnąć w jej zepsuciu i wzbudzać odrazę do samego siebie. Wie, że ten związek jest splugawiony, ale też dlatego tak bardzo go pociąga. Tego właśnie pragnie od życia:  brudu, zepsucia i całego szamba, które może mu ono dać. Jest podejrzliwy wobec wszystkiego, co piękne, dobre i święte, ponieważ życie jest tego przeciwieństwem:

W życiu jest coś immanentnie wstydliwego, istnieć to jak głośno puszczać wiatry przy kolacji, być jest żałośnie, być jest śmiesznie, być jest niedobrze. Niebyt jest elegancki. Wstydzę się tego, że ciąży na mnie odpowiedzialność za gafę bycia mną, za nietakt narodzin, za niezgrabność tego, że ciągle żyję, zamiast się zastrzelić samemu albo dać się zastrzelić Niemcom i przez śmierć stać się człowiekiem eleganckim[2].

Konstanty był wychowywany przez matkę Ślązaczkę na Polaka, pod okiem ojca, również Ślązaka, który jednak bardziej czuł się Niemcem. Willemann senior miał swojej żonie za złe, że dla niej postanowił porzucić swoją narodowość, arystokratyczne pochodzenie i ojczyznę. Uważa, że mimo wielkiego poświęcenia z jego strony żona okazała się niewdzięczną kobietą, dlatego od najmłodszych lat wpajał synowi podejrzliwość wobec kobiet, a szczególnie takich, które – jak jego żona – uchodziły za czyste, nieskalane, a pod powierzchnią pozorów kryją grzech. Być może dlatego Konstanty woli teraz grzech jawny, który nie ukrywa się pod skorupą cnoty. Wybiera plugawość, bo taki jest w jego mniemaniu świat i tylko granie według jego reguł może przynieść zwycięstwo – przetrwanie. Właśnie dlatego patriotyzm do niego nie przemawia. Nie czuje się winny swojej postawy. Być może ze względu na presję matki oraz otoczenia, które od wszystkich oczekują oddania sprawie polskiej.

To bzdura, Kosteczku, wiesz o tym bardzo dobrze. Musiałeś być Polakiem, bardziej nawet niż z krwi czy czegokolwiek innego musiałeś być Polakiem, bo taka była wola twojej matki. Jej wola cię ulepiła, wlała twoją miękką tkankę do formy polskości i wypaliła w piecu, i teraz jesteś w Polaka zastygłym wypalony jak cegła[3].

Od zawsze jego relacje z kobietami były przedziwne. W mojej opinii Konstanty ma kompleks madonny-ladacznicy, czyli zaburzenie seksualne, przez które mężczyźni widzą jedynie dwie skrajne natury kobiety. Z jednej strony jest madonna – święta, oddana kobieta, dobra żona i matka, opiekunka ogniska domowego, która w ogóle nie kojarzy się z seksem, ale z bezpieczeństwem. Z drugiej strony jest ladacznica – wyuzdana i namiętna kochanka, której mężczyzna pożąda, ale nie widzi w niej żony i matki swoich dzieci. Kostek czuje skłonność do poddawania się woli „ladacznic”. Daje się manipulować, prowadzić za rękę i wykorzystywać. Boi się silnych i władczych kobiet, a jednocześnie ma do nich słabość. Być może dlatego związał się na stałe ze słabą, powściągliwą kobietą, która w jego oczach jest świętą, której nie można zbrukać.

Od czasu do czasu dopadają go wyrzuty sumienia. Szczególnie, kiedy oddaje się nałogowi – morfinie. Jednak są to krótkie przebłyski, nietrwałe olśnienia, które znikają prawie od razu. Dopadają go na skraju dwóch stanów – upojenia i trzeźwości.

I taki właśnie jesteś, mój biedny Kostusie, kiedy stoisz w bramie i nie wiesz, co ze sobą zrobić. Czuję twój strach, kiedy trzeźwiejesz, kiedy opium odchodzi z twojego ciała i kiedy powoli wracasz do kawałka prawdy o sobie, mój kochany[4].

Jaka jest prawda, o której mówi? Tym, że nie potrafi sobie poradzić z własnym życiem i nie potrafi odnaleźć swojej prawdziwej tożsamości. Być może ona nie istnieje. Konstanty wciąż próbuje uniknąć powinności. Jakichkolwiek narzuconych powinności. Próbuje zachować neutralność, a nawet nie tyle chodzi mu o neutralność, ile chce po prostu zająć się swoimi sprawami. Nie zna pojęcia „wyższa sprawa”. Z jakiegoś powodu nie może być niezaangażowany. Podświadoma siła nakazuje mu robić różne rzeczy wbrew sobie, wypełniać rozkazy, oczekiwania. W jakiś sposób jest postacią faustyczną. Mefistofeles w dramacie Goethego mówił: „Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”. Konstanty by powiedział: „Jam tą siłą, która wiecznie chce spokoju, ale i tak robi, czego od niej żądacie”. Do granic jego wytrzymałości dochodzi, kiedy przełożeni z konspiracji nakazują mu działać pod tożsamością niemieckiego oficera. Chcą wykorzystać jego pochodzenie, doskonałą znajomość języka niemieckiego i kultury. To tylko wzmaga w nim poczucie zagubienia. Jako dziecko matka rugowała w nim Niemca, a ojciec próbował rozbudzać w nim niemieckość. W życiu dorosłym chciał odnaleźć swoją tożsamość w polskości, a dzisiaj wojsko żąda od niego, aby ją porzucił. Jest to niebezpieczne, niemal schizofreniczne igranie z jego świadomością. Polskość jest dla bohatera brzemieniem, które z trudem potrafi unieść. Nie próbuje nawet wypełnić powinności, które jako Polakowi zostały narzucone, czy raczej są spodziewane przez rodaków. Odcina się od tej enigmatycznej, nieco abstrakcyjnej dla niego wartości – polskość to nie jest jedynie narodowość, kwestia pochodzenia, to coś o wiele większego, metafizycznego.

Życie jest dla niego teatrem, w którym każdy odgrywa swoją rolę, snem, w którym zdarzają się najbardziej zadziwiające i przerażające przygody. Tak jak bohaterowie Szekspira, którzy przeżywają takie same rozterki, Konstanty nie potrafi odnaleźć w tym teatrze życia siebie samego, a jedynie role, w których występuje. Ma przygotowaną formułkę, powtarza ją raz po raz, szybko i beznamiętnie. Raczej sam w nią nie wierzy. Wie jedynie, co lubi, a czego nie, ale nie potrafi dotrzeć do wnętrza jestestwa. Swojego i innych. Tożsamość dla bohatera to nie jest tylko, kim jestem, ja Konstanty, kim są kobiety, z którymi jadam, sypiam, kopuluję, czy też który naród jest moim narodem. Tożsamość to też odwieczne pytanie o to, kim jest człowiek:

Za Bardejovem bieda. Trochę chat słowiańskich, potem cygański tabor, brudne obdarte dzieci, brudni obdarci ludzie. Dzieci chude i głodne, więc Dzidzia oczywiście się zatrzymuje, odkręca szybę, dzieci zbiegają się jak głodne psy na zaplecze rzeźnika, kiedy tylko usłyszą hałas odsuwanej kraty.

– Jakbyśmy przez jakąś Afrykę jechali albo Indie.

– Bo to są przecież Hindusi – odpowiada Dzidzia.

Dzieci tłoczą się przed oknem Dzidzi w milczeniu, ciemne karnacje, czarne oczy i łachmany w świetle pochmurnym. Nie wyciągają rąk, patrzą, czekają, Dzidzia również im się przygląda.

– To są ludzie – mówi – Prawda, Konstanty?

– Na pewno. – Wzruszam ramionami. – W końcu nie są to kozy ani kwiaty.

– Jeśli to są ludzie i my jesteśmy ludźmi, i niemowlęta to ludzie, i Rosjanie to ludzie, i jacyś afrykańscy kanibale to ludzie, Konstanty, to co to znaczy „ludzie”?

(…)

– Bo zastanawiam się, czy Czesi są ludźmi. Czy te brudne, cygańskie dzieci są ludźmi. Czy my jesteśmy ludźmi. Czy Żydzi są ludźmi. Czy Niemcy są ludźmi. Czy w ogóle są jacyś ludzie. (…) Myślę, że w ogóle ludzi nie ma. Wymyśliliśmy sobie taki konstrukt człowieczeństwa i niektórzy nawet żyją, jakby był on prawdziwym, a on prawdziwym nie jest, nikt doń nie dorasta, ludzie nie są ludźmi według definicji powszechnie uznawanej za trafną; według tej definicji są tylko zwierzętami[5].

Konstanty Willemann jest jednym z najciekawszych (anty)bohaterów literatury polskiej ostatnich lat. Jest to zagubiony człowiek, który nie może poradzić sobie ani z przeszłością, ani teraźniejszością, nie wie też, czy czeka go jakaś przyszłość. Kostek jest rozdarty w sobie, szuka własnej tożsamości, która mogłaby połączyć go w całość. W końcu wszystko, co sprawiło, że jest, jaki jest, nie pochodziło z niego, ale z zewnątrz – od rodziców, środowiska, kobiet. Mimo wszystkich tych cech czyniących z Willemanna osobę, która nie sprawia pozytywnego wrażenia, jest coś, co nakazuje jeśli nie czuć swojego rodzaju sympatii, to przynajmniej choć trochę żalu.

 

Szczepan Twardoch, Morfina, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Tekst pierwotnie ukazał się w portalu NoirCafe.pl

 

[1] S. 257.

[2] S. 89-90.

[3] S. 157.

[4] S. 126.

[5] S. 500 – 502.

Rafał Siemko
Autor jaki jest, każdy widzi. Absolwent filologii polskiej, na co dzień pracuje w branży ubezpieczeniowej. Wielbiciel Metalliki, poezji Herberta, Miłosza i Szymborskiej oraz prozy Camusa i Vargasa-Llosy.
Skąd nazwa bloga? Rano czytam, później idę do pracy; po pracy gram na gitarze albo w piłkę nożną bądź squasha. A czas na pisanie znajduję jedynie w nocy.
Rafał Siemko on Blogger

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *