Żebrać o miłość. „Piękny nieczuły” w Teatrze Polonia

Piękny nieczuły jest jednoaktówką napisaną przez Jeana Cocteau specjalnie dla uwielbianej przez niego piosenkarki Edith Piaf. Tekst był inspirowany niewątpliwie związkiem piosenkarki z aktorem Paulem Meurissem (w monodramie otrzymuje on imię Emil). Tekst cechuje duży ładunek emocjonalny, począwszy od nieokiełznanej, potężnej miłości, aż po czarną rozpacz. Tekst jest w zasadzie monologiem, dlatego cała uwaga widzów będzie się skupiała na odtwórczyni głównej roli. Przed Natalią Sikorą wielkie wyzwanie.

Fabuła spektaklu jest o miłości. O wszystkim, czym ona potrafi być. O wielkim uczuciu, zrazu napełniającym serce wdzięcznością do życia, aby za chwilę odebrać chęć istnienia. Szczególnie o tym drugim jej aspekcie. Miłość Piaf do Meurisse`a była tyleż wielka, co beznadziejna. Piosenkarka, pochodząca z nizin społecznych, nie mogła skruszyć lodu obojętności swego ukochanego, pochodzącego z innego świata. Świata wyższych sfer, wyszukanych manier, wytworności. Piaf wpatrzona w ukochanego, przytłoczona jego osobowością, spala się żebrząc o uczucie.

Na początku przedstawienia widzimy artystkę zbiegającą ze sceny, na której przed chwilą występowała, aby biec co sił do  pokoju hotelowego. Nie czekała na aplauz, na wyrazy uznania. Jedyne co się, liczy to znaleźć się jak najszybciej tam, gdzie jest ON. Pokój jednak zastaje pusty. Tak bardzo pusty, jak tylko może być, kiedy nie ma w nim ukochanej osoby. Mijają sekundy, minuty, godziny. Kobieta reaguje na każdy dźwięk – parkujący samochód, windę, szczęk kluczy w zamku. Przecież to może być ON. Wyczekiwany, upragniony i nieobecny.

W końcu zjawia się. Obdarza ją wzgardliwym spojrzeniem, zapala papierosa. Jest, ale jakby go nie było. Nie odzywa się do niej, nie odpowiada na pytania, nie reaguje w żaden sposób, aż w końcu skrywa twarz za gazetą. Wraz z upływem czasu atmosfera gęstnieje i wypełnia się balon emocji, który w końcu musi pęknąć z hukiem. Ignorowana kobieta nie może znieść bezduszności ukochanego, odsłania swoje wnętrze, zaczynają się z niej wylewać emocje. Żal i smutek są tak wielki, słowa niemalże nie są w stanie do wyrazić. Cały dramat rozgrywa się między słowami, bardziej w jej zachowaniu, reakcjach, nagłych zmianach nastroju. Cierpienie, które przeżywa w duszy jest wręcz namacalne. W spektaklu można się doszukać czegoś w rodzaju negatywu Hymnu o miłości. Gdyby święty Paweł miał pisać hymn o miłości Edith Piaf do Paula Meurissa, pierwsze wersy brzmiałyby:

Miłość niecierpliwa jest,
okrutna jest.
Miłość zazdrości,
szuka poklasku,
unosi się pychą;
(…)
unosi się gniewem,
jest pamiętliwa;
(…)

Jest matką beznadziei,
jest podejrzliwa,
wzbudza zwątpienie,
niszczy.

I tylko – (nie)stety – jeden wers pozostałby niezmieniony: „Miłość nigdy nie ustaje”. Piaf kochała bardzo mocno i całą sobą. I to była jej klątwa. Nie potrafiła odciąć się od tego, co ją niszczyło. Nie miała na tyle siły, aby porzucić mężczyznę, którego beznadziejnie kochała, a który nie odwzajemniał tego uczucia. O czym też wiedziała i czego była świadoma. Co jej wobec tego pozostało? Jedynie napominanie kochanka, wypominanie i napominanie mężczyzny. Choć wie, że jest całkiem bezsilna wobec mężczyzny swojego życia i jego obojętności.

Czy jest możliwe, że tak bardzo wrażliwymi osobami są przede wszystkim artyści? Wszak Piaf była utalentowaną i otaczaną nabożną czcią pieśniarką. Tyleż wielbioną, kiedy pozostawała na scenie, co nieszczęśliwą w życiu prywatnym. Nie wydaje mi się, aby ta teza  miała być wzięta przez uwagę przez reżysera przedstawienia Teatru Polonii, wszak ten wątek nie został znacząco wyeksponowany. Wręcz przeciwnie – Piaf-artystka istnieje niejako poza spektaklem, ponieważ Natalia Sikora śpiewa jeden z utworów francuskiej artystki najpierw w prologu, aby pokazać jak szybko ta ucieka ze sceny, aby jak najwcześniej być w hotelu i wrócić do ukochanego oraz już po zasadniczej części spektaklu, po jego finale; wystawiając coś w rodzaju minirecitalu ku czci Piaf. Co też nie do końca ma uzasadnienie w fabule i przedstawieniu jako całości. Brak jakiegoś jasnego powiązania, które łączyłoby fabułę monodramu z występem Natalii Sikory.

Nie ma to jednak żadnego znaczenia, ponieważ aktorka swoim wielkim talentem wokalnym uwodzi publiczność. Nie tylko talentem wokalnym zresztą. Również aktorskim. Doskonale potrafiła wykreować postać drążoną bólem nieodwzajemnionej miłości, która ją spala od środka. Jej ruchy, mimika twarzy, ton głowy doskonale oddają to, co właśnie dzieje się w duszy nieszczęśliwej kobiety. Mogę stwierdzić z całą pewnością oraz odpowiedzialnością, że artystka podołała wyzwaniu, jakie stawiało przed nią przedstawienie w reżyserii Edwarda Wojtaszka. Pozostaje zimny i zdystansowany. Paweł Ciołkosz natomiast odgrywając rolę zimnego, zdystansowanego mężczyzny może nawet pozostać niezauważony (również z powodu świetnego występu Sikory), ponieważ w zasadzie równie dobrze postać Emila mogłaby się nie pojawić na scenie bez szkody dla spektaklu, mógłby pozostać jedynie w sferze myśli bohaterki. Trzeba sobie jednak uświadomić jak dużo dyscypliny i koncentracji wymaga ta rola od aktora. Widać, że duet aktorów doskonale się rozumie na scenie.

Piękny nieczuły to zdecydowanie jedna z ciekawszych pod względem artystycznym premier tego lata. Polecam!

 

Tekst pierwotnie ukazał się w portalu Teraz teatr

Rafał Siemko
Autor jaki jest, każdy widzi. Absolwent filologii polskiej, na co dzień pracuje w branży ubezpieczeniowej. Wielbiciel Metalliki, poezji Herberta, Miłosza i Szymborskiej oraz prozy Camusa i Vargasa-Llosy.
Skąd nazwa bloga? Rano czytam, później idę do pracy; po pracy gram na gitarze albo w piłkę nożną bądź squasha. A czas na pisanie znajduję jedynie w nocy.
Rafał Siemko on Blogger

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *