Ciągłość istnienia – Szczepan Twardoch, Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów

Paszko jest bękartem króla Kazimierza Wielkiego oraz córki norymberskiego kupca. Jego matka nie miała łatwego życia – została zgwałcona przez króla polskiego i wygnana przez niemogącego znieść hańby ojca. Trafiła do zamtuza, gdzie musiała sprzedawać swoje ciało, aby przeżyć. Dziecko było świadkiem wielu przygnębiających scen, które zostały w jego pamięci:

Ja zaś, kiedy zobaczyłem moję maćkę w trumnie, zimną i obojętną, zrozumiałem, jaki jest mój los: oto jestem sam. Sam, samiustek wobec całego świata. Wobec Boga Gospodina, któremu nie miałem za co dziękować – ja bastard, sierota, wymiot ludzki[1].

Od najmłodszych lat bohater jest wyrzutkiem, człowiekiem pogardzanym, żyjącym na marginesie. Tak bardzo wchłania go ciemność, że pragnie już tylko, aby pożarła go w całości. Czeka, aż wciągnie go pustka i ukoi ból. Jednak tak się nie stało. Paszko umierał wiele razy (pierwszy raz w bitwie pod Grunwaldem), ale nigdy bezpowrotnie. Nigdy nie doznał też wiecznej pustki, ponieważ po każdej śmierci wracał do życia, a raczej „światowania”, jak określa swoje ciągłe istnienie. Życie zaczyna się i kończy, więc w jego przypadku nie jest to dobre słowo. On „światował” – przebywał na świecie, a śmierć mu zawsze towarzyszyła, bo albo sam umierał albo pozbawiał życia innych. Była dla niego przyjaciółką, czymś stale obecnym w istnieniu, choć nieosiągalnym. Za każdym razem, kiedy umierał, odradzał się przy zachodniej granicy Rzeczypospolitej, na Śląsku, w bezpośrednim sąsiedztwie ziem niemieckich; raz jako Polak, raz jako Niemiec. Raz zabijał Polaków, a raz Niemców. Bohater jest polsko-niemieckim mieszańcem. Jest hybrydą dwóch nacji, które od zawsze są zwaśnione, między którymi trwa spór, bez początku i bez końca. Jest też wyrzutkiem, ponieważ żadna ze stron nie przyjmuje go jako swojego. Ma krew zbrukaną polskością bądź niemieckością – zależy od perspektywy. Paszko stoi w samym środku tego odwiecznego konfliktu, który wynika z istoty narodów. Wykłada swoją historiozofię dziejów: według niego różnica między Polakami i Niemcami tkwi w substancji, która definiuje oba narody. Niemcy są jakby jedynie pojęciem. Zimnym, naukowym wyrachowaniem, poświęcają się sile i męskości. Elementem konstytuującym jest krew, a więc ciało. Polska istnieje obiektywnie, można jej dotknąć, powąchać, spróbować. Jest organizmem, kobietą, duszą, życiodajną siłą. Konflikt polsko-niemiecki jest metafizyczny, powstał z opozycji: dusza-ciało, mężczyzna-kobieta, siła-delikatność, śmierć-życie, nauka-sztuka. Istnienie obu nacji definiowane jest przez walkę. Ten odwieczny i przedwieczny konflikt jest naszą racją bytu, potyczką kochanków, splecionych w miłosnym uścisku.

Czas pełni ważną rolę w tej niezwykłej powieści. Bohater, choć wywodzi się z XIV wieku, ma świadomość przyszłości, żył w wielu wcieleniach, doświadczył historii, istniał w niej i bezpośrednio uczestniczył. Myślę, że świadomym zabiegiem autora było nie dzielenie fabuły na rozdziały, ale zachowanie ciągłości narracji. Pośrednio łączy się to z konstrukcją bohatera – podstawą jego bytu, tym, co go definiuje, jest ciągłość istnienia. Kolejnym zabiegiem konstrukcyjnym fabuły jest archaizacja leksykalna powieści. To nie tylko wtrącenie kilku przestarzałych wyrazów, ale archaizacja języka całej powieści: autor używa słów, które zaniknęły, zleksykalizowały się bądź zmieniły formę. Jest to podyktowane faktem, że narrator to mężczyzna z XIV wieku, więc mówi językiem, który jest mu znany. Jest to bodajże pierwsza taka próba stylizacji języka od czasów Bolesława Chrobrego Gołubiewa. Chociaż należy przyznać, że stylizacja nie jest konsekwentna, ponieważ od czasu do czasu narrator używa współczesnych słów, tłumacząc (bądź nie), że mówi w naszym języku, abyśmy zrozumieli. To, co zwróciło moją uwagę i niezwykle mnie ucieszyło, to zastosowanie składni plusquamperfectum – czasu zaprzeszłego, który był używany również w języku staropolskim, a po którym nie ma już śladu. Piękno i dostojność tej formy i jej geometryczna harmonia niestety odeszły w zapomnienie – zostały porzucone na rzecz wygody. Kiedyś mieliśmy czas przeszły i zaprzeszły, dzisiaj mamy jedynie przeszły i musimy się nagimnastykować logicznie i składniowo, aby wyjaśnić, co się wydarzyło i w jakiej kolejności. A kiedyś wystarczyło dodać odpowiednią formę czasownika „być”.

Są w powieści wątki, które brzmią niemal jak poezja deklamacyjna, bliska pokoleniu beatników, sięgająca podstawy bytu, ale też bliska najnowszym trendom w fizyce teoretycznej – teorii multiuniwersów. Jest to miejsce, gdzie nauka spotyka się z filozofią.

A potem każdy z nas pomyśli o tym, jak bardzo chciałby wrócić chociaż raz do istnego światowania, póki było ono istne naprawdę, nie do miriardów odtworzeni po Końcu Czasów, i w tym istnem światowaniu postąpić inaczej, co innego zrobić, w inną stronę spojrzeć, innemu człowiekowi podac dłoń, inny papier podpisać, a innego nie podpisywać, wydać inny rozkaz i wykonać inny rozkaz, innemu człowiekowi życie zabrać, a innemu darować, kochać inną kobietę, a innej złamać serce i żyć inaczej, gdzie indziej będąc skierowanym. I pamiętamy każdą sekundę, każdy gest, każde słowo, każde spojrzenie, wszystkie twarze i wszystkie głosy, wszystkie poranki i wszystkie wieczory, i wszystko wydaje się tak ważne: to, jakoć pirwy raz maćkę był kębłał jeśm, małymi ręczynkoma ją był obłapiał jeśm i ją był smoktał jeśm, jakoć pirwy raz męża był ubuł jeśm i jakoć pirwy rz łgał był jeśm, i jakoć pirwy raz z junochą uczynek mężczyński był jeśm, i jakoć pirwy raz junochę był fatał jeśm, i jakoć pirwy raz miecz w garzci był dzierżył jeśm, i gdaż pirwy raz po głowni miecza kry czyrwiona była ciekła jest[2].

Gdybyśmy podzielili powyższy fragment na wersy, otrzymalibyśmy przykład poezji beat generation – natchnioną deklamację człowieka, który chce zajrzeć pod fasadę życia, aby sprawdzić, co się kryje w jego fundamentach. Odkryć nieskończenie wiele możliwości, jakie daje życie, nieskończoną ilość wyborów, za którymi potencjalnie może iść nieskończenie wiele konsekwencji.

Wieczny Grunwald to zagadkowa, jedyna w swoim rodzaju powieść jednego z najciekawszych współczesnych polskich autorów. Twardocha można porównywać z Ignacym Karpowiczem. Obaj poruszają się w swoich utworach na granicy świata realnego i onirycznego, bazują na fantastycznych konceptach, które obudowują (przynajmniej pozornym) realizmem. Z tym że Karpowicz ma w zwyczaju dobre pomysły realizować w nie zawsze dobrym stylu, Twardoch natomiast fascynuje, bo realizuje pierwotny koncept – który jest pasjonujący sam w sobie – quasi-realistyczną „nadbudowę” fabularną. Prozy Szczepana Twardocha nie da się łatwo sklasyfikować, jest to zjawisko literackie jedyne w swoim rodzaju, które należy znać.

 

Szczepan Twardoch, Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

Tekst pierwotnie ukazał się w portalu NoirCafe.pl

 

[1] S. Twardoch, Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów, Kraków 2013, s. 25.

[2] Tamże, s. 60–61.

Rafał Siemko
Autor jaki jest, każdy widzi. Absolwent filologii polskiej, na co dzień pracuje w branży ubezpieczeniowej. Wielbiciel Metalliki, poezji Herberta, Miłosza i Szymborskiej oraz prozy Camusa i Vargasa-Llosy.
Skąd nazwa bloga? Rano czytam, później idę do pracy; po pracy gram na gitarze albo w piłkę nożną bądź squasha. A czas na pisanie znajduję jedynie w nocy.
Rafał Siemko on Blogger

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *