Książę poetów. O Zbigniewie Herbercie

„Był średniego wzrostu, a miał zabawnie wygięty kręgosłup, który stworzył dziwne wypukłości z tyłu i z przodu. Miał tylko 33 lata, ale już nosił dość wyraźny brzuszek. A do tego miał bardzo odstające uszy. Przez ten kręgosłup potem cierpiał. Ale mnie pomagał – wyglądem, tym jak do mnie mówił, jaki był opiekuńczy. (…)

(…) Zaczęło się od tego, że dostałam zastrzału w palcu. Bardzo mnie bolało, ale chodziłam do biura. A Zbyszek szalenie mi współczuł i zawiózł mnie do jakiegoś swojego znajomego chirurga, który mi zoperował palec. Oczarował mnie tak, jak oczarowywał różne inne kobiety. Ktoś inny też się mną wtedy interesował. Zbyszek mi wytłumaczył, że to nie jest dobry kandydat, <bo jako muzyk na pewno nie będzie miał poważnych zamiarów>. (…) No, piękny wtedy nie był. Sam zresztą się sobie nie bardzo podobał. W listach narzekał, że nie wygląda wystarczająco poważnie, że ma za grube nogi, że jest zanadto krępy. Chociaż pamiętam, że był bardzo szczupły. Wyprzystojniał dobrze po czterdziestce. Wtedy Aleksander Janta-Połczyński świetnie zauważył, że Zbyszek przypomina delfina. Miał w sobie coś takiego. W inteligentnej twarzy, długiej szyi, pięknych niebieskich oczach. Ale najważniejszy był wdzięk. Zawsze miał masę wdzięku. Tym wdziękiem wszystkich ujmował. To mu pomogło przetrwać na administracyjnej posadzie, do której kompletnie się nie nadawał.”

Tak pierwszy kontakt ze Zbigniewem Herbertem wspomina po latach jego żona, Katarzyna Herbert, w wywiadzie udzielonym Jackowi Żakowskiemu.[1] W jej oczach poeta był osobą niepozorną i wykazującą sporą dozę autokrytyki, jeśli chodzi o wygląd. Był to również mężczyzna, który miał niesamowitą siłę wewnętrzną i wielkie pokłady wrażliwości na drugiego człowieka. Pociągał ludzi swoją opiekuńczością i otwartością.

Przypuszczalnie najgłośniejszą i najbardziej wyrazistą w przesłaniu wypowiedzią połowy XX wieku – a więc w czasie, kiedy Herbert mógł zastanawiać się nad swym powołaniem do poezji – wypowiedzią na temat literatury, była myśl Teodora Adorno, że po Auschwitzu poezja jest niemożliwa. Gdyby ta wypowiedź była znana Herbertowi, ten uznałby ją pewnie za nieporozumienie. Przecież zmuszenie gnębionych do milczenia, zniszczenie ich kultury, było właśnie celem obu totalitarnych ideologii. W końcu po latach sam napisze: „wyrzucam sobie grzech niepamięci (…) nie dajemy zginąć poległym” (Trzy wiersze z pamięci). Zadaniem poezji, według Herberta, jest ocaleć od zapomnienia: „poezja jest córką pamięci/ stoi na straży ciał w pustkowiu” (Życiorys). Rolą poety jest także przypominanie o istnieniu i wartości piękna (Przypowieść, Arijon), o jego wielkiej roli w życiu każdego człowieka (Do Ryszarda Krynickiego list). Autor Przesłania Pana Cogito był zaliczany do grupy twórców nazywanych akademicko „neoklasykami”. Cóż to jest neoklasycyzm? Odwołując się bezpośrednio do twórczości poety możemy zauważyć, że nie tylko podtrzymuje tradycję swoich poprzedników, ale też sięga głębiej, do Antyku, tak w warstwie frazeologicznej, jak też w ideowej, obrazowej. Nie zmienia znaczenia mitu czy postaci, ale na nowo je interpretuje i odkrywa nowe, przemilczane dotychczas znaczenia.

Herbert był – może się wydawać – idealistą, wierzącym w siłę dobra mimo historii i rzeczywistości, ale był też niezwykle świadomy otaczającego go świata. Przetrwawszy wojnę[2] wykształcił w sobie niezwykle silne poczucie wartości człowieka i życia ludzkiego. Podjął walkę piórem o ocalenie wartości, a tym samym o ocalenie człowieka. Poezja stała się środkiem do nawoływania, upominania czy nawet w końcu gloryfikowania piękna życia. Sprawy naprawdę istotne, godne ocalenia, warte najcięższej walki a nawet „utraty głowy” to wszystko, co jest częścią nas samych, częścią naszego życia. W wierszu Przypowieść o królu Midasie czytamy, że „(…) szyja galopującego konia/ jest piękna/ a suknie dziewcząt grających w piłkę/ są jak strumień żywe i niepowtarzalne”. Czy też kiedy Spinoza, który ma wizję Boga, pyta Stwórcę o rzeczy teoretycznie najważniejsze: naturę człowieka, przyczynę świata, cel życia, Bóg wydaje się być tym jedynie lekko rozbawiony. Odpowiada mu, że rzeczy naprawdę istotne to ukochana kobieta, która urodzi mu dziecko, przytulny dom, pieniądze, dzięki których wyżywi rodzinę. I wydaje się, że ustami wierszowego Boga przemawia sam Herbert. Poeta zwracał uwagę na człowieka, jako istotę godną najwyższej uwagi i istotę, która ma wrodzoną i niezbywalną godność.

Zbigniewa Herberta zalicza się do pokolenia Kolumbów[3]. Dla niego i jego rówieśników wojna była doznaniem, które zaważyło nie tylko na twórczości, ale także na każdym aspekcie życia. Żywioł wojny zmienił cały świat. Dla osób, które były bezpośrednimi świadkami tej katastrofy, był to czas, w którym ludzkość została naznaczona piętnem kainowym oraz nastąpiło przewartościowanie wartości. Wystarczy przypomnieć wiersz Tadeusza Różewicza Ocalony, w którym poeta pisze:

To są nazwy puste i jednoznaczne:
człowiek i zwierzę
miłość i nienawiść
wróg i przyjaciel
ciemność i światło.

Herbert chciał odpowiedzieć na rozpaczliwe wołanie o ratunek. Jego poezja reprezentuje sobą wartości, które zostały zagubione gdzieś podczas wojny, sam Herbert, jak wiemy, bywa nazywany poetą-moralistą. W Kołatce pojawia się postulat o ustalenie jakiegoś moralnego constans, o ponowne wypracowanie systemu etycznego, w którym będzie ustalona raz na zawsze stała i nienaruszalna granica między dobrem i złem, gdzie między dwiema tymi skrajnymi wartościami nie będzie miejsca na żadne odcienie szarości.  Herbert postuluje odrzucenie relatywizmu moralnego. Właśnie dlatego nie mógł się zgodzić się na rzeczywistość komunizmu, która gardziła człowiekiem. I to właśnie dlatego bohaterami jego wierszy przez niemal cały czas twórczości byli „głodzeni – kochający życie/ bici w twarz – kochający w życie/ których trudno nazwać kwiatem/ ale są ciałem” (Substancja). Herbert zawsze stał po stronie nękanych i poniżanych, walczył z systemem, który chciał istnieć pomijając godność człowieka i jego honor. Pisał o tym w wierszu o Damastesie, który nazywał siebie „uczonym reformatorem społecznym”, i który najbardziej pragnął „zrównać wszystkich ludzi”. Dosłownie zrównać: wymyślił łoże, na którym położony człowiek miał być skrócony o nogi bądź rozciągany do wysokości łoża. A to wszystko, aby każdy był „równy”. Unifikacja społeczeństwa prowadzi zawsze do opłakanych skutków, każdy człowiek jest indywidualnością i jako indywidualny posiada swoją własną godność. W wierszu Boski Klaudiusz tytułowy bohater przedstawia się jako wielki reformator pisma, który udoskonalił alfabet, co nie zmienia faktu, że był mordercą, maniakalnym zabójcą. Herbert zwracał uwagę na naturę człowieka i jej wartość. Pragnął, aby jego poezja potrafiła ocalać (podobnie jak Miłosz) nie tylko od zapomnienia (bo jak wiadomo historia lubi się powtarzać) ale też od okrucieństwa i kłamstwa.

Momentem przełomowym w twórczości poety było pojawienie się nowej persony, jaką jest Pan Cogito. Stał się on rzecznikiem filozoficznym i etycznym Herberta, pozwalając zarazem na wieczne trwanie – w domyśle, w stanie potencjalności – poezji rozkoszującej się pięknem bytów zamieszkujących świat i urokiem chwili. Pan Cogito już samym imieniem implikuje intelektualną i analityczną, albo ogólniej: filozoficzną funkcję poezji; pasjonuje go metafizyka, ale jest przede wszystkim moralistą. I choć jest to postać zgoła groteskowa z wyglądu: twarz ma znaczoną ospą, podwójny podbródek, porusza się na dwóch nogach, z których jedna jest atletyczna, a druga upośledzona i kulejąca, jest równocześnie nie tylko obrońcą dobra i piewcą cnoty (w klasycznym znaczeniu virtus), ale także (co ważniejsze) jej dysponariuszem. Razem z tą zagadkową, acz nieco zabawną postacią, wraca problem relatywizmu. Jak się dowiadujemy, „Pan Cogito nigdy nie ufał sztuczkom wyobraźni”, gdyż kryła się w niej pułapka przewartościowania wartości, zmiana zakresu oceny dobra i zła, zatarcia granic między nimi. Co ważniejsze, wraz z tomem Pan Cogito poezja Herberta przybrała bardziej zdecydowany, agitacyjny ton. Zaczęły wybrzmiewać coraz głośniej dźwięki sprzeciwu wobec reżimu, coraz bardziej jednoznaczny stał się polityczny aspekt wierszy i wiadomo było, kto jest ich adresatem. Choć dla jasności należy powiedzieć, że poezja ta nigdy nie występowała przeciw ludziom, ale przeciw systemowi i zachowaniom, wyrażała sprzeciw rzeczywistości, w której człowiek jest przedmiotem, a nie podmiotem. Raczej chodziło o zmianę ludzi i ich postaw niż o zmianę statusu partii, nazwy państwa czy milicji na policję.[4] W komunistycznej Polsce przynależność do związku literatów oznaczała liczne przywileje: tanie stołówki, pobyty w domach pracy twórczej, a nade wszystko przydział dodatkowej powierzchni mieszkalnej i zezwolenie na meldunek w wybranym mieście. W zrujnowanej Polsce znaczyło to wiele, był to przywilej. Jedyne, co należało uczynić, to włączyć się do „postępowych zmian społeczno-politycznych”. W roku 1948 Herbert wystąpił ze Związku Literatów Polskich. Decyzja ta oznaczała nie tylko świadome wystąpienie z profesjonalizmu i pisanie „do szuflady”. Możemy przypuszczać, że przyszły „obywatel-poeta”, bo tak tez był nazywany, od początku swej drogi chciał był przede wszystkim częścią swej narodowej wspólnoty i być blisko „substancji” narodu.

Przodującą wartością stała się w poezji autora Studium przedmiotu tak zwana „postawa wyprostowana”. Wydaje się, że było to podyktowane potrzebą chwili, aktualnej sytuacji w kraju. Termin bezpośrednio pochodzi z liryku Pan Cogito o postawie wyprostowanej. Zachować ją, czyli „stanąć na wysokości sytuacji/ to znaczy spojrzeć losowi/ prosto w oczy”. Chodzi o uwolnienie drzemiących w każdym pokładów odwagi i nieugiętości. Jest to też przede wszystkim potrzeba wypowiedzenia prawdy i sprzeciwu na zło, choćby za to groziła kara. Podmiot liryczny w wierszu mówi wprost, że nie będzie to nagrodzone, a przeciwnie – widzimy Pana Cogito, kiedy:

los patrzy mu w oczy
w miejsce gdzie była
jego głowa

Za zachowanie godności nie czeka nic innego, jak utrata głowy – śmierć. Tak, jak można przeczytać w Potędze smaku, gdzie „za to miał spaść bezcenny kapitel ciała/ głowa”. W gruncie rzeczy zachowanie „postawy wyprostowanej” to skutek wierności samemu sobie, określonym wartościom wbrew wszystkim i wszystkiemu.[5] Wierność pozwala nam uniknąć niebezpieczeństwa hipokryzji. Niebezpieczeństwo to jest wielkie, poeta nie oszukuje swych czytelników, że będzie łatwo. Bohaterowie Herberta, po zakończeniu krótkiego okresu heroizmu w swym życiu, „kiedy pogasną reflektory” budzą się zwykle „na śmietniku. w bardzo dziwnych pozach”. W pozach, które nie są w najmniejszym stopniu heroiczne, a zaledwie śmiesznie patetyczne. I groteskowe. Zaszczuci, upokorzeni, zdradzający swoich braci, próbujący się dostosować do nowego życia, choć wiedzą, że nigdy nie będzie to piękne życie. Można z tego wywnioskować, że tak naprawdę śmierć wcale nie była najwyższym wymiarem kary za podjętą walkę. Herbert mówił o tym:

„Trzeba było zdobyć się na gest. Każdy gest moralny w czasach terroru jest połączony z ryzykiem, to jasne, ale także, o dziwo, wydaje się nieskończenie śmieszny. Na scenę współczesnego dramatu wchodzi facet w pełnej zbroi. Gwarantowany huragan śmiechu. Nawet teraz, kiedy zgodzimy się, że należało wówczas opowiedzieć się po stronie prawdy i wolności, brzmi to jakoś żenująco. Ale innej rady nie było i nie ma. Wolność jest zawsze tragiczna, człowiek wolny jest człowiekiem samotnym, człowiekiem marginesu, jak ciężko chory, obłąkaniec, anachoreta.”[6]

Karą o wiele wyższą niż śmierć, idąc za słowami poety, była śmieszność, szyderstwo wykrzyczane prosto w twarz ze względu na niezrozumienie ze strony innych, gdyż, jak czytaliśmy, człowiek wolny to człowiek samotny, chory i obłąkany. Mimo wszystko poeta nie ustawał w nawoływaniu o godność i zachowanie „postawy wyprostowanej” w życiu. Sam nigdy nie dał się „ustawić” innym ludziom. W czasach stalinowskich wolał powierzyć swoje wiersze szufladom biurka niż podporządkować się zaleceniom myśli socrealizmu, teorii twórczości ustalonej na IV zjeździe ZLP w 1949, a głoszącej pierwszeństwo aspektów ideowych nad wszystkimi innymi. Lata późniejsze, już po uchyleniu „zaleceń” (w istocie to nie były zalecenia, ale warunek publikacji) także nie były wolne od walki z cenzorami. Wiersz Węgrom został wydany bez tytułu, a w dedykacji Trenu Fortynbrasa dla niepoznaki pojawiły sie inicjały M.C., a nie C.M. (wiersz dedykowany był Czesławowi Miłoszowi).

Zbigniew Herbert uważał poezję za obowiązek wobec innych. Co do tego faktu nie miał nigdy wątpliwości. Jak ten obowiązek spełnić – to było dla niego przez całe dojrzałe życie przedmiotem refleksji, rozterki, wewnętrznego dialogu i poszukiwań. Ten obowiązek to była zasada formalna, tak samo jak ideały wierności i honoru. Ten obowiązek to była ciążąca na nim konieczność: „na taką nas skazali/ taką przebodli nas ojczyzną” (Prolog).

Żona mówiła o wielkim poecie:

„Zbyszek nigdy nie był całkiem jednoznaczny. Ale jego zasady były bezlitosne. Dlatego był samotny. W gruncie rzeczy zawsze czuł się jakoś samotny. Klął na Polaków, uważał ich za mitomanów, za ludzi pozbawionych odwagi cywilnej, którzy nie są w stanie przyznać się do błędu. On był wychowany w duchu tradycyjnego polskiego patriotyzmu. I jako polski patriota tym bardziej nie mógł się pogodzić z polskością. Bo kochał Polskę idealną, może wyidealizowaną. A Polska jest, jaka jest. I Polacy też są, jacy są. Widział tę naszą małość. najbardziej ją widział, kiedy wróciliśmy do Polski w latach 90. I to go bolało, bo widział, że ten kraj nie może się podnieść. To był jego osobisty dramat.”

Jego poezja wyrosła z miłości do Polski, Polaków i w ogóle drugiego człowieka. Herbert dlatego nie potrafił przeboleć faktu, iż ktokolwiek mógł pogodzić się z realiami reżimu. Komunizm brzydził go przede wszystkim estetycznie, drażnił jego poczucie smaku, w którym „są włókna duszy i chrząstki sumienia.”

W najczarniejszych latach stalinizmu Zbigniew Herbert pisze esej zatytułowany Hamlet na granicy milczenia. W 2002 roku zostaje wydany przez „Zeszyty Literackie” jako aneks do woluminu pod tytułem: Zbigniew Herbert. Henryk Elzenberg. Korespondencja. Pisząc o dramacie Szekspira, dwudziestokilkuletni Herbert zapowiada całą swoją przyszłą poezję. A także swoje przyszłe życie, bo wydaje się, że przebiegło dokładnie tak, jak młody poeta wówczas je opisał. O ile wszystkie polityczne działania Hamleta okazują się bezowocne, co więcej – prowadzą do tragicznego końca, to „zemsta estetyczna” jest jego tryumfem.

„Zanim zamknęły się bramy Elsynoru, książę posiadał jakiś światopogląd, oparty na wierze w racjonalny porządek w człowieku i poza człowiekiem. Miał także swój system wartości i drabinę może niezbyt wysoką, ale o szczeblach mocnych, na których można śmiało oprzeć stopy. Człowiek był jednym z bytów wysoko postawionych i szczelnie wkomponowanych w budowę. Gdyby nie tragiczne wypadki, które wyrwały księcia z nastroju studiów i kontemplacji, byłby on do końca życia może trochę stoikiem, trochę epikurejczykiem, trochę arystotelikiem. Nagła śmierć ojca wymykała się racjonalnym interpretacjom. Cały kunsztowny system zachwiał się od tego doświadczenia. Drugim doświadczeniem było odkrycie zbrodni. Do gorzkiej prawdy o znikomości człowieka doszła prawda o uśmiechniętych łotrach, o triumfujących zbrodniarzach. Niezbadana natura ludzka otworzyła się przed księciem jak otchłań. Hamlet – i tu jest rys wielkości intelektualnej – odrzucił zachwalaną receptę filozofii i nie podreptał starą ścieżką do Natury, kojącej obojętnością i trwaniem. Okrucieństwo i nicość człowieka zaraziły nawet przyrodę. Ziemia wydaje mu się skrawkiem ugoru, a pomysłowy baldachim nieba rezerwuarem zgniłych wyziewów.”

Zemsta Hamleta jest zwycięstwem w tym tylko znaczeniu, że niszczy udawany, zbudowany na oszustwie ład duńskiego królestwa. Wymierza sprawiedliwość miastu i światu. Herbert walczył o prawdę i dobro, gdyż takie było jego powołanie, taką czuł powinność. Wystarczy przeczytać słowa jego mentora i nauczyciela, filozofa Henryka Elzenberga, aby to zrozumieć:

„Bez walki o poziom etyczny życie byłoby już tylko martwotą, czystym mechanizmem dążeń i działań, jałowością, nagością, gorzej niż <<prozą>>; stracilibyśmy przez tę kapitulację wszystko, co nas różni od automatu, od maszyny biopsychicznej.”

Paweł Hertz opowiedział kiedyś ciekawą anegdotę. Rzecz działa się w latach 60., on pił razem z kolegami w którejś z warszawskich kawiarni dla literatów. Nagle do lokalu wpadł Zbigniew Herbert, również pod wpływem alkoholu, zatoczył się w kierunku ich stolika i z nie najzdrowszym błyskiem w oku zawołał: „Wy tu sobie pijecie, bawicie się, a Polska, kurwa, w niewoli!” Pastiszował sam siebie, próbował autoironii, a jednak widok tego warszawskiego Hamleta, miotającego się po swoim wyimaginowanym Elsynorze, sparaliżował towarzystwo. I zepsuł wszystkim zabawę.

„Herbert nie był przyjemny. A jego żarty wcale nie były śmieszne.” – dodaje Hertz.

 

 

Jako appendix załączam próbę interpretacji dwóch utworów Herberta. Pierwszy – Apollo i Marsjasz jest przykładem klasycystycznego fundamentu poezji autora. Temat został zaczerpnięty wprost z mitologii greckiej, opowiada o pojedynku Apollina (Phoibos – „Jaśniejący”) z Marsjaszem o palmę pierwszeństwa w sztukach pięknych, który przez oszustwo wygrywa bóg. Wiersz jest głęboko osadzony w filozofii i może się wydawać, że jest zbyt abstrakcyjny, ale czy tak jest w istocie? Drugi wiersz to Przesłanie Pana Cogito. Jeden z najsłynniejszych utworów autorstwa Zbigniewa Herberta i jeden z tych, w których występuje alter-ego poety – Pan Cogito. Silnie moralizujący, stanowi swoisty dekalog wskazujący drogę postępowania w trudnych czasach, w których ośmieszenie była większą karą niż śmierć.
Apollo i Marsjasz
właściwy pojedynek Apollona
z Marsjaszem
(słuch absolutny
kontra ogromna skala)
odbywa się pod wieczór
gdy jak już wiemy
sędziowie
przyznali zwycięstwo bogu

mocno przywiązany do drzewa
dokładnie odarty ze skóry
Marsjasz
krzyczy
zanim krzyk jego dojdzie
do jego wysokich uszu
wypoczywa w cieniu tego krzyku

wstrząsany dreszczem obrzydzenia
Apollo czyści swój instrument

tylko z pozoru
głos Marsjasza
jest monotonny
i składa się z jednej samogłoski
A

w istocie
opowiada
Marsjasz
nieprzebrane bogactwo
swego ciała

łyse góry wątroby
pokarmów białe wąwozy
szumiące lasy płuc
słodkie pagórki mięśni
stawy żółć krew i dreszcze
zimowy wiatr kości
nad solą pamięci

wstrząsany dreszczem obrzydzenia
Apollo czyści swój instrument

teraz do chóru
przyłącza się stos pacierzowy Marsjasza
w zasadzie to samo A
tylko głębsze z dodatkiem rdzy

to już jest ponad wytrzymałość
boga o nerwach z tworzyw sztucznych

żwirową aleją
wysadzaną bukszpanem
odchodzi zwycięzca
zastanawiając się
czy z wycia Marsjasza
nie powstanie z czasem
nowa gałąź
sztuki – powiedzmy – konkretnej

nagle
pod nogi upada mu
skamieniały słowik

odwraca głowę
i widzi
że drzewo do którego przywiązany był Marsjasz
jest siwe

zupełnie
Apollo był bogiem o bardzo szerokim zakresie kompetencji. Uważano go za boga piękna, światła, życia, śmierci, muzyki, wróżb, prawdy, prawa, porządku. Był też patronem sztuki, ze szczególnym umiłowaniem poezji, jak też przewodnikiem muz. Przebywał na Parnasie, skąd zsyłał na artystów natchnienie. Z Marsjaszem spotkał się pierwszy raz w rzeczywistości mitologii greckiej. Marsjasz ukochał dźwięki piszczałki i był na tyle pewny swych umiejętności, że wyzwał Apollina na pojedynek. Apollo – mistrz liry – przyjął wyzwanie, z zastrzeżeniem, że przegrany zdany będzie na łaskę i niełaskę zwycięzcy. Pierwszy pojedynek skończył się remisem. Apollo na drugą rundę zaproponował zmianę zasad: obaj mieli zagrać na instrumencie odwróconym do góry nogami. Marsjasz ten pojedynek przegrał. Apollin nie okazał litości i przywiązał sylena na drzewie, a następnie obdarł go ze skóry. Z krwi Marsjasza powstała rzeka o nazwie Marsjasz. Akcja utworu Apollo i Marsjasz[7] rozgrywa się dopiero po pojedynku Apolla z Marsjaszem. Jak wiadomo bóg wygrał, dlatego teraz Marsjasz musi ponieść karę. Musi odpokutować za to, że śmiał równać się z bogiem. Marsjasz jest przywiązany do drzewa, został odarty ze skóry i dookoła roznosi się jego przenikający krzyk.

wstrząsany dreszczem obrzydzenia
Apollo czyści swój instrument

Apollo brzydzi się sam tym, co zrobił, ale niewątpliwie nie żałuje tego. Wie, że kara musiała dojść do skutku. Chociaż z drugiej strony to zastanówmy się, czego Apollo tak wielce się brzydzi? Cierpienia i śmierci, które zadał Marsjaszowi? Nie, wcale nie naszły go nagłe wyrzuty sumienia, nie brzydzi się własnym czynem ani kaźnią, którą zgotował sylenowi. Prawda może szokować, ale faktem jest, iż Apollin brzydzi się krzyku Marsjasza. Jego krzyk jest nie do przyjęcia z punktu widzenia estetyki. Bóg nie może znieść kaleczenia przez niego muzyki, której jest patronem. Brzydzi się wykonywanego przez swoją ofiarę „koncertu” bólu i cierpienia. Nie może znieść dźwięku „A”, który roznosi się dookoła w różnej tonacji. Czyści przy tym swój instrument (czyżby to instrument był narzędziem kaźni?), a krzyk Marsjasza i jego cierpienie napawają go odrazą.

tylko z pozoru
głos Marsjasza
jest monotonny
i składa się z jednej samogłoski
A

w istocie
opowiada
Marsjasz
nieprzebrane bogactwo
swego ciała

Krzyk Marsjasza składa się tylko z jednej samogłoski „A”, jednak Marsjasz został określony słowami „ogromna skala”, to znaczy potrafi on operować swoim głosem, wydawać coraz to inne dźwięki, używając tylko tej jednej głoski. Swym głosem daje wyraz „nieprzebranemu bogactwu swego ciała” – uwydatnia swoje uczucia, ból, cierpienie.

łyse góry wątroby
pokarmów białe wąwozy
szumiące lasy płuc
słodkie pagórki mięśni
stawy żółć krew i dreszcze
zimowy wiatr kości
nad solą pamięci

Jest to opis niemal naturalistyczny, pokazuje brzydotę i okrucieństwo kary, jaką poniósł Marsjasz. Pokazuje być może także związek pokonanego bohatera z przyrodą, która, jak później się dowiemy, pierwsza stanęła w obronie Marsjasza. Poprzez ten turpistyczny opis podmiot daje wyraz okrucieństwu Apolla. Jest to niemal paradoks, iż bóg, który był artystą doskonałym (wygrał ten konkurs, to on ma „słuch absolutny”), okazał się być tak głuchy na cierpienie. Choć według mitologii Apollo, jako wprawiony wojownik, zadawał śmierć błyskawicznie i bezboleśnie. Można z tego wywnioskować, że torturowanie Marsjasza sprawiło bogowi radość, satysfakcję. Odbiorca czuje żal, współczucie dla Marsjasza, dla jego cierpienia, bólu, ale też podziwia jego odwagę.

W utworze tym podmiot liryczny za ważniejszą uważa moralność, a nie skonfrontowaną z nią, nawet doskonałą i niedoścignioną, estetykę. Estetyka jak widać bywa okrutna w samodoskonaleniu, w najlepszym razie obojętna. Etyka natomiast nakazuje każdemu jakąś postawę. Dobro nie pozwala przejść spokojnie obok zła. Apollo ponadto nie jest bliski ludziom, ma „nerwy z tworzyw sztucznych”, jest jakby plastikowy, nieczuły, dlatego nie jest w stanie zrozumieć świata ludzi. Marsjasz w każdej części swego ciała zawiera jakąś cząstkę natury, on należy do tego świata. Co więcej, niemiecki badacz literatury, Karl Dedecius twierdzi, iż odarcie Marsjasza ze skóry ma wymiar oczyszczający. Jest to oczyszczenie natury chrześcijańskiej: męczeństwo i mężne zniesienie cierpienia przez Marsjasza. Natura ponadto daje wyraz protestu przeciw okrucieństwu, choć słowik robi to w dosyć szczególny sposób – kamienieje.
nagle
pod nogi upada mu
skamieniały słowik

odwraca głowę
i widzi
że drzewo do którego przywiązany był Marsjasz
jest siwe
Przesłanie Pana Cogito (PC)
Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę
idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch
ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo
bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy
a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys
i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie
strzeż się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany – czyż nie było lepszych
strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy
czuwaj – kiedy światło na górach daje znak – wstań i
idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę
powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku
a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku
idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych
czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora
Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów
Bądź wierny Idź
Drugim utworem, który przybliżę jest wiersz, chyba najważniejszy spośród podejmujących temat moralności. Przesłanie Pana Cogito jest ostatnim utworem w tomiku Pan Cogito i zamyka cały tom wierszy słynnymi słowami „bądź wierny idź”. Jest to znaczące, że właśnie takim odzewem autor kończy cały tom. Jest to zadanie spoczywające na czytelnikach wyrażone w wygłosie. Jest równocześnie coś niepokojącego w tym utworze. Pozostaje w opozycji do poezji swych czasów, bo nie boi się wyraźnych deklaracji w imię pewnych idei i odpowiedzialności. Ton jest wysoki, nawet patetyczny. Temat uniwersalny i precyzyjne zrealizowany, silnie dydaktyczny. W tym zakresie Przesłanie Pana Cogito jest wierszem klasycznym. Pozostaje apelem o godną postawę wobec zła ogólnie rozumianego, chociaż w kontekście historyczno-politycznym, zdaje się być skoncentrowany ściśle na zachowanie godności wobec zakłamania oraz moralnej zapaści epoki. Podmiot mówi: „niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda dla szpiclów katów tchórzy” – tacy ludzie istnieli zawsze i zawsze będą istnieć, dlatego właśnie utwór ma wydźwięk uniwersalny. Zasady, jakie obok nadrzędnej racji – wierności sobie, zaleca nam Przesłanie, to: godność wyrażona w słowach „idź wyprostowany”, pamięć oraz aktywność, wszak należy „dać świadectwo”. Jest to stwierdzenie dość ogólne, bo nie wiadomo, o jakie świadectwo chodzi. Zapewne najistotniejszym jest pokazanie własnym zachowaniem, że istotnie można być wiernym wartościom. Odwaga, nawet niekiedy wbrew rozsądkowi, „gdy rozum zawodzi”, gniew w obronie „poniżonych i bitych, pogarda dla poniżających i bijących. Podmiot ostrzega także „strzeż się oschłości serca”, co znaczy, by nie zezwolić na obojętność i dumę. I w końcu czytamy słowa „nie przebaczaj”, jednak chodzi o przebaczanie w imieniu kogoś, kogo skrzywdzono. Tylko jemu można wybaczać swoje krzywdy. Wiersz nie zawiera żadnych uzasadnień, dlaczego właśnie tak postępować. Zupełnie, jakby podmiot kazał brać to wszystko „na wiarę”, bądź też chciał potraktować swój dekalog jako zbiór zasad oczywistych, które nie potrzebują uzasadnienia.

Poezja Herberta jako poezja moralistyczna stawia przed sobą zadanie ocalenia wartości od niszczącego skutku relatywizmu oraz zapomnienia. Znajdujemy w niej trzy podstawowe wartości, które są dla podmiotu lirycznego najistotniejsze. Są to „wzruszenie”, „wierność” oraz „postawa wyprostowana”. Każde z nich omówiłem wcześniej, ale warto dodać jeszcze jedno spostrzeżenie. Wydaje się, iż każde z tych pojęć jest jakoś związane ze sobą. „Wzruszenie” jest jakby podstawą, na której rozwijają się oba pozostałe. Dzięki niemu możliwym staje się zauważenie wartości, którym należy być wiernym. „Wierność” natomiast w jakiś sposób ewoluuje w „postawę wyprostowaną”. Wierność zasadom, które obraliśmy sobie za najcenniejsze nie pozwala nam na zdradzenie ich pod żadnym pozorem, za czym idzie zachowanie godności, nawet w najgorszej sytuacji, w jakiej można się znaleźć, czyli zachowanie „postawy wyprostowanej”, nawet „choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała/ głowa”.

 

Tekst pierwotnie ukazał się w portalu NoirCafe.pl

 

Przypisy:

[1] Gazeta Wyborcza – 30/12/2000-01/01/2001

[2] Po 1 września 1939 r. kształcił się dalej na tajnych kompletach i zdał na nich maturę. Zarabiał jako karmiciel wszy w instytucie produkującym szczepionki antytyfusowe oraz jako sprzedawca w sklepie z artykułami metalowymi. Kwestią sporną jest, czy rzeczywiście był aktywnym żołnierzem AK, jak utrzymywał.

[3] używam tej nazwy umownie, bo jest to najlepiej znane określenie pokolenia, które urodziło sie w latach `20 XX wieku. Nazwa „Pokolenie Kolumbów” w ostatnich latach jest jednak uznawana za niepoprawną ze względu na to, że książka Bratnego, od której pochodzi nazwa, została podważona jako rzetelne świadectwo historyczne i rodzajowe, którym miało być według zapewnień autora. Teraz częściej używa się nazw „Pokolenia apokalipsy spełnionej” bądź po prostu „Pokolenie 20”.

[4] choć Polskę Ludową jako organizację komunistycznego państwa Herbert uważał za pomyłkę, a nawet za zbrodniczy układ i pogardliwie nazywał ten twór: „prl” jako jedno słowo bez samogosek a nie skrótowiec.

[5] „Wierność” to prócz „postawy wyprostowanej” kolejne słowo-klucz, które będzie się przewijało w poezji Herberta

[6] Cytat z książki Hańba domowa. Jest to bardzo ciekawa pozycja, zbiór wywiadów z twórcami kultury, którzy wypowiadali się na temat czasów Polskiej Republiki Ludowej i jej znaczenia dla narodu, kultury i historii.

[7] Apollo i Marsjasz, s. 241

Rafał Siemko
Autor jaki jest, każdy widzi. Absolwent filologii polskiej, na co dzień pracuje w branży ubezpieczeniowej. Wielbiciel Metalliki, poezji Herberta, Miłosza i Szymborskiej oraz prozy Camusa i Vargasa-Llosy.
Skąd nazwa bloga? Rano czytam, później idę do pracy; po pracy gram na gitarze albo w piłkę nożną bądź squasha. A czas na pisanie znajduję jedynie w nocy.
Rafał Siemko on Blogger

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *