Czy wszyscy jesteśmy Jego dziećmi? – Cormac McCarthy, Dziecię boże

Dziecię Boże opowiada o Lesterze Bellardzie, młodzieńcu, którego moglibyśmy nazwać wcieleniem zła. A może jedynie jest pewnym katalizatorem, przez którego nagromadzone w świecie zło znajduje ujście? Tego nie jestem w stanie stwierdzić. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że jego perypetie i czyny wywołują całą gamę emocji – od zdziwienia, przez wstręt i złość, po zgorszenie. Jest złym synem ludzkości, wyrzutkiem społeczeństwa, który nie potrafi znaleźć swojego miejsca na ziemi.

Proza McCarthy’ego bardzo przypomina twórczość Faulknera, z tą różnica, że o ile u tego drugiego styl wpływa na to, że całe powieści są ciężkostrawne i trudne do czytania, to u jego następcy są jednak pewne nieregularności. Książki McCarthy’ego zawsze były pełne niezwykle szczegółowych opisów, jakby każda rzecz i każdy człowiek zasługiwał na największą uwagę i skupienie. W Dziecięciu Bożym strategia twórcza jest nieco inna. Bardziej przewrotna. W powieści przeważają raczej surowe opisy, a szczegółowe i bardziej plastyczne pojawiają się dopiero wtedy, gdy autor opisuje zło. Zło zarówno natury, jak i ludzi. Im więcej detalów i obrazowości w opisach, tym większą odrazę w nas budzą. Taka strategia pisarza może prowadzić do posądzenia o nihilizm i – przepraszam za dosadność – babranie się w szambie moralnym, ale być może jest to odmiana strategii twórczej Różewicza albo Borowskiego, którzy eksponując zło beznamiętnie i bez oceny, chcą zwrócić uwagę na to, że jest ono powszechne i bliskie życiu. Rozpoznajemy w niektórych wątkach elementy naszej rzeczywistości i ze zgrozą stwierdzamy, że nie są nam na tyle obce, na ile byśmy chcieli.

Towarzyszymy wędrówkom głównego bohatera, przyglądamy się jego czynom i jesteśmy bliscy zrozumienia jego postawy i motywacji, ale trudno nam je mimo wszystko zaakceptować. Jesteśmy też świadkami jego degradacji, kiedy przechodzi kolejne etapy: od kryminalisty, przez socjopatę, aż do osoby całkowicie wykolejonej psychicznie. Jeszcze trudniej jest nam jest zaakceptować, że Lester jest, jak sugeruje tytuł, dzieckiem tego samego Boga, co reszta ludzi. Jest też częścią natury, która jest tak samo okrutna jak ludzie. Ale z drugiej strony u McCarthy’ego jeśli któryś Bóg jest obecny, to zawsze gdzieś daleko i w ukryciu i jest to Bóg starotestamentowy – sadystyczny i okrutny, który pojawia się, gdy w końcu zsyła na krainę Lestera potop. Chyba po to, aby jak w Biblii oczyścić świat ze zła, które w nim się zagnieździło i przysłoniło resztki dobra swoim mrokiem. Odraza spowodowana grzechami Lestera, dziecięcia bożego była tak wielka, że ten kataklizm był wręcz oczekiwany. A Lester? Był na tej samej planecie, patrzył w to samo niebo i próbował znaleźć swoje szczęście. Opuszczony i wzgardzony przez wszystkich szukał sensu. Był jednym z nas i być może to właśnie jest najstraszniejsze.

 

Tekst pierwotnie ukazał się w portalu NoirCafe.pl

Cormac McCarthy, Dziecię boże, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009
Rafał Siemko
Autor jaki jest, każdy widzi. Absolwent filologii polskiej, na co dzień pracuje w branży ubezpieczeniowej. Wielbiciel Metalliki, poezji Herberta, Miłosza i Szymborskiej oraz prozy Camusa i Vargasa-Llosy.
Skąd nazwa bloga? Rano czytam, później idę do pracy; po pracy gram na gitarze albo w piłkę nożną bądź squasha. A czas na pisanie znajduję jedynie w nocy.
Rafał Siemko on Blogger

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *