W tym wszystkim nie chodzi o bohaterstwo. Chodzi o uczciwość. Pan Cogito spotyka doktora Rieux, czyli rzecz o kategorii wierności sobie u Herberta i Camusa.

Albert Camus i Zbigniew Herbert. Dwóch wielkich pisarzy; pierwszy nagrodzony nagrodą Nobla w kategorii literatury, drugi do tej nagrody był przymierzany. Obaj stworzyli dzieła, które przetrwają długo swoich autorów i będą żywe w świadomości wielu pokoleń. Pisarstwo obu trudno porównywać, ponieważ ma nieco inny wydźwięk, zrodziło się w innych okolicznościach i pod wpływem innych doświadczeń życiowych. Dla Camusa najważniejszą kategorią wydaje się absurd życia, uosabiany w beznadziejnym losie Syzyfa, skazanego na wieczne wtaczanie głazu pod górę, który za każdym razem, tuż przed samym szczytem, wyślizgiwał mu się z rąk i spadał na dół. Bezpośrednio z tego poczucia absurdu wynikał bunt człowieka wobec życia. Herbert również był pisarzem, który w swojej twórczości obficie czerpał z mitologii. W poezji autora Pana Cogito znacząca stała się postać Apollina, boga sztuki, utożsamianego z doskonałością, ale u Herberta był on też symbolem nieczułości i okrucieństwa. Kategoria „wierności sobie”, o której będę tu pisał, najlepiej jest widoczna u Camusa w jego utworze Dżuma, w którym każe ona głównemu bohaterowi stawić czoła epidemii tej straszliwej choroby. Choć Rieux czuje bezsensowność i beznadziejność tego, czego jest świadkiem, nie może się poddać i walczy. Czasami sam nie wie, w jakim celu to robi, ale się nie ugina. Targany wątpliwościami robi to, co do niego – jako lekarza – należy. Sam mówi o sobie: „Obchodzi mnie tylko, żeby być człowiekiem”[1]. Niezgoda na cierpienie niewinnych i słabych staje się powodem podejmowanych przez niego decyzji. Nie ma innej możliwości, jak tylko stanąć naprzeciw epidemii i próbować z nią wygrać.

Zbigniew Herbert bywa nazywany poetą maksymalizmu etycznego. A to za sprawą takich wierszy jak na przykład Przesłanie Pana Cogito czy Pan Cogito o postawie wyprostowanej. Niewątpliwie najistotniejsze dla niego były wierność sobie i wierność etyce, której wewnętrzna konieczność narzuca normy postępowania. Poeta debiutuje w 1956 roku podczas tzw. odwilży. Znaczący jest fakt, że nie zdecydował się na poddanie prewencji cenzury i poczekał z decyzją wstępu na scenę, aż można było drukować ze względną swobodą. Był to wyraz sprzeciwu – jeszcze biernego – stawianego systemowi. W twórczości poety od Struny światła aż do kultowego Pana Cogito dominuje poetyka klasycystyczna. Poeta zmaga się z filozofią, sztuką, historią. Od tomiku Pan Cogito problematyka utworów wkracza na tereny polityki, doczesności. Staje się poezją moralistyczną, a nawet moralizatorską. I tak rzecz się ma aż do tomiku Raport z oblężonego miasta.

U obu twórców najważniejszym zadaniem postawionym przed człowiekiem była obrona człowieczeństwa. Człowieczeństwa, które pielęgnowali w sobie samych przede wszystkim. W obu przypadkach oznaczało to podjęcie wyzwań losu. Wyrażało się w sprzeciwie wobec zastanej rzeczywistości, z czego wyrasta tzw. wierność sobie – kategoria po raz pierwszy użyta dla określenia jednej z zasad etyki Herberta, choć – jak się przekonamy – adekwatna dla nazwania postawy doktora Rieux – bohatera Dżumy. Oczywiście istnieją pewne różnice u obu pisarzy, o czym należy napisać.

Doktor Bernard Rieux był człowiekiem powściągliwym i małomównym do tego stopnia, że czytelnik ma wrażenie, jakby bohater wymianę zdań uważał za zbędną rzecz. Pozostaje całkowicie poświęcony pracy. Widzimy go jedynie w roli lekarza, jakby była to jedyna rzeczywistość, w której on istnieje – dowiadujemy się tylko nieco o jego żonie i matce, więcej o życiu rodzinnym ani żadnym innym aspekcie jego istnienia nie wiemy. Nawet przemyślenia Rieux, które ujawnia narrator (narratorem okazuje się sam Rieux, o czym dowiadujemy się pod koniec lektury), dotyczą pracy. Poświęcenie i odwaga, jakie wkłada w swoje czyny lekarz, budzą w nas zdumienie i niemały podziw. Chce on ratować życie zarażonych za wszelką cenę, nawet z poświęceniem własnego. Moglibyśmy odnieść wrażenie, że Rieux myśli o sobie jako o lekarzu z powołania i powołanie to jest źródłem jego postępowania. Wiele razy narrator podkreśla, że w zasadzie w strategii doktora podstawą jest nieodparta wola dobrego wykonywania pracy, z pełnym ofiarowaniem siebie sprawie. Czy jednak wynika to z powołania?

Kiedy wybrałem ten zawód, był to wybór w pewien sposób abstrakcyjny; bo chciałem być lekarzem, bo to jest zawód jak każdy inny. (…) Byłem wówczas młody i zdawało mi się, że moja niechęć [do widoku umierających – R.S.] godzi w porządek świata. Potem stałem się bardziej skromny. Po prostu nie jestem wciąż przyzwyczajony do widoku śmierci. Nie wiem nic więcej. Ale w końcu (…) jest to sprawa, którą człowiek taki jak pan [Tarrou] potrafi zrozumieć; skoro jednak śmierć ustanawia porządek świata, może lepiej jest dla Boga, że nie wierzy się w niego i walczy ze wszystkich sił ze śmiercią, nie wznosząc oczu ku niebu, gdzie on milczy.
– Tak – potwierdził Tarrou – rozumiem. Ale pańskie zwycięstwa zawsze będą tymczasowe, tylko tyle.
Rieux jakby się zasępił.
– Zawsze, wiem o tym! Ale to nie powód, żeby zaniechać walki.
– Nie, to nie powód. Ale wyobrażam sobie teraz, czym ta dżuma jest dla pana.
– Tak – powiedział Rieux. – Nie kończącą się klęską[2].

Rieux sam przyznaje, że w młodości wybrał ten zawód spośród wielu innych. Nie wybrał tej pracy, ponieważ czuł się do niej jakoś szczególnie predysponowany, wewnętrznie zobligowany, ale na odwrót. Raczej poświęca się temu zajęciu właśnie dlatego, że je wybrał. W myśl zasady: „gdy już coś robisz, rób to dobrze”. „Oto pewność: w codziennej pracy. Reszta wisi na włosku, zależy od nieznacznych ruchów, nie można zatrzymywać się nad tym. Najważniejsze to dobrze wykonywać swój zawód”[3].

Z początku, kiedy dżuma dopiero zaczyna się rozprzestrzeniać, czuje wobec swoich pacjentów żal, współczucie i litość, ale wszystko się zmienia wraz ze wzrostem zachorowań. Rieux jest jedynie człowiekiem i jako taki jest naturalnie zdolny do empatii i współczucia. Te uczucia mu ciążą, przeszkadzają w pracy. Jak sam mówi: „człowiek męczy się litością, kiedy litość jest bezużyteczna. I w uczuciu serca zamykającego się powoli doktor odnajdywał jedyną ulgę tych druzgocących dni”[4]. W pewnym momencie jego praca polegała jedynie na diagnozie kolejnych zarażonych, co było równoznaczne z podpisaniem wyroku śmierci. Porzuca emocje, odsuwa je od siebie, aby ułatwić sobie pracę. Znieczulenie się na krzywdę pacjentów, które chciał w sobie wywołać, miało nie tyle nawet być pomocne w pracy, ile miało ją w ogóle umożliwiać. Sam stwierdził, że musi być obojętnym wobec ogromu śmierci, której był, jest i będzie świadkiem. Reszta ludzi zamkniętych w mieście, jak się dowiadujemy, weszła w coś w rodzaju „stanu obiektywnego”, tj. równie oddalonego od obojętności, jak i od pasji, empatii. I nawet mu się udaje trwać w tym stanie aż do momentu, który okazuje się przełomowym w jego życiu – cierpienie dziecka wywołuje w nim nieopisany żal i uczucie buntu. Kiedy stał nad łóżkiem syna Ottona, czytelnik jest świadomy, że ten właśnie moment jest decydujący dla jego postrzegania pracy oraz dla postrzegania jego roli w całej historii.

Camus postrzega życie jak odcinek czasu przepełniony irracjonalnością, wepchnięty między dwie nieskończoności – przeszłość i przyszłość. Między dwie pustki. Dlatego właśnie irracjonalny, bo nic nieznaczący,  ponieważ czym jest te kilkadziesiąt czy nawet sto lat życia jednostki wobec wieczności? Nicość jest jedynie nicością. Camus jest zdeklarowanym nihilistą – czerpanie jakiegokolwiek sensu z przepełnionego pustką egzystencjalną świata graniczy z absurdem. Cierpienie i ból istnienia są w dużym stopniu – może nawet jedyną – zasadą świata. Wobec takiej wizji rzeczywistości pisarz przyjmuje postawę jawnego buntu. Sam fakt istnienia ma być buntem. Buntem wobec zadżumionego świata, zastanego systemu wartości, który zezwala na czerpanie jakichkolwiek profitów na nieszczęściu innych (czego przykładem jest Cottard). Tarrou działa aktywnie przeciw zarazie, ponieważ jako dziecko nabrał wstrętu do śmierci. Był synem prokuratora i często przyglądał się procesom, w których jego ojciec żądał kary pozbawienia życia dla oskarżonych. I choć znał akt oskarżenia, wiedział, co poszczególni więźniowie mają na sumieniu, i jeśli czuł się zobowiązany do wspierania którejś ze stron, to właśnie oskarżonych. Twierdził, że społeczeństwo opiera się na karze śmierci, co jest morderstwem nie innym niż każde. Sam mówił, że przez to jest „zarażony dżumą”, nosi w sobie jej bakcyla. Postawa heroizmu, jaką zachowuje Rieux, nie wynika z jego nieugiętości wobec zagrożeń, wielkiej odwagi graniczącej z beztroską, ale w większym stopniu z poczucia obowiązku, które polega na wykonywaniu zadań należących do niego jako lekarza. Dla obserwatorów jest to przykład wielkiego bohaterstwa, dla samego zainteresowanego to tylko rola, jaką przyszło mu odgrywać w życiu. Wszak życie i wszystko, co w nim człowiek zdąży uczynić, nieuchronnie zdąża do jednego – śmierci, która nadaje posmak bezsensu. Która przekreśli wszystko, co człowiek uczyni. Dlatego jedynym wyjściem w takiej nadnihilistycznej wizji istnienia wydaje się albo nuda, albo hedonizm, dlatego też bohaterstwo Rieux jest tak naprawdę w najwyższym stopniu buntem. W najwyższym, bo jest buntem wobec samego życia. Ten bunt jednak nie kończy się samobójstwem, które mogłoby się wydawać dość logicznym posunięciem, ale obraniem postawy niezłomności wobec zasady życia, jaką są ból i bezsens. Okazuje przy tym niezwykle dużo poświęcenia, mimo że nie wierzy w Boga. A może właśnie dzięki temu, ponieważ jak sam powiedział, gdyby wierzył we wszechmogącego Boga, przestałby leczyć ludzi, zostawiając Bogu tę troskę. Z drugiej strony zauważa, że nawet ojciec Paneloux, choć wierzy żarliwie, nie wierzy w taki sposób, aby poddać mu się całkowicie. Rieux sądzi, że jest na drodze prawdy, skoro walczy przeciw światu takiemu, jaki jest. Jest lekarzem dla idei – są chorzy i trzeba ich leczyć.

Ta kronika nie może być kroniką ostatecznego zwycięstwa. Może być tylko świadectwem tego, co należało wypełnić i co niewątpliwie powinni wypełniać dalej, wbrew terrorowi i jego niestrudzonej broni, mimo rozdarcia osobistego, wszyscy ludzie, którzy nie mogąc być świętymi i nie chcąc zgodzić się na zarazy, starają się jednak być lekarzami[5].

Walka z dżumą wydaje się absurdem, ponieważ jest w istocie tylko przełożeniem wyroku w czasie. Życie każdego człowieka tak czy inaczej skończy się śmiercią – prędzej czy później – dlatego choć kuracja może okazać się sukcesem, to tylko pozornym, bo chwilowym. Idąc tym tropem, należałoby stwierdzić, że sama epidemia jest absurdem, ponieważ jest dzika i nieujarzmiona i ze wściekłością atakuje ludzi, którzy nieuchronnie zmierzają ku śmierci. Już to samo w sobie dla doktora Rieux nie ma sensu. Dlaczego więc robi to, co robi? Dlaczego z takim poświęceniem i oddaniem, jakby mógł zmienić odwieczny bieg rzeczy?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy wrócić do początku, do źródła. Aby odkryć sens śmierci czy działalności lekarskiej Rieux, trzeba odkryć sens życia według doktora, ale też i według autora powieści – Alberta Camusa. Zacząć należy od fundamentu światopoglądowego obu tych postaci. Rieux w rozmowie z Tarrou mówi wprost, że nie wierzy w Boga. Co za tym idzie, życie na ziemi jest jedynym, jakie człowiek ma. Śmierć jest definitywnym końcem człowieka. Wobec takiej wizji wszystko, co robimy, nie ma większego znaczenia. A jakby tego było mało, człowiek nigdy nie będzie mógł zrozumieć rzeczywistości. Nie ma utrwalenia egzystencji w Bogu, transcendencji. Życie jest absurdem w tym sensie, że zniechęca w tym samym stopniu, co zachęca do jego przeżycia poprzez próbę znalezienia i nadania mu sensu. Nadać sens życiu można tylko w wymiarze jednostkowym – każdy powinien szukać swojego sposobu. Nadzieja kusi zwątpionego. Rieux może czuć się dodatkowo przytłoczony absurdem wynikającym z jego profesji – ratuje życie, choć jest świadomy, że może je jedynie przedłużyć. Z drugiej strony widuje śmierć, co unaocznia mu ostateczne przeznaczenie człowieka. I tu właśnie dochodzi do konfliktu, który zrodził się w jego duszy. Życie jest samo w sobie absurdalne, a do granic irracjonalizmu doprowadza je cierpienie i ból niewinnych osób – dzieci. Jest to fakt, który przerasta doktora, nie potrafi go przyjąć. Dżuma mogłaby być karą za grzechy, jak twierdził Paneloux w swoim kazaniu. Jak pogodzić jednak taką tezę z niewinnością dzieci? Kiedy Rieux widzi syna Ottona w agonii, nie może tego znieść i wychodzi z izby. Wtedy też zwraca się z wyrzutem do kapłana, krzyczy: „To dziecko było niewinne!” Był to jedyny przypadek w powieści, kiedy jej główny bohater przestaje być rozważnym, milczącym i spokojnym człowiekiem, a staje się na moment pełnym oburzenia. Co więc sprawia, że mimo wszystko wykonuje swój zawód z takim oddaniem? Odpowiedzią na to pytanie będzie fraza z Mitu Syzyfa, która mówi, że „absurd ma o tyle sens, o ile się na niego nie zgadzamy”. Na początku doktor Rieux stwierdził, że jego zadaniem jest dobrze wykonywać swoją pracę. Został lekarzem i właśnie jako lekarz chce się realizować. Kiedy go poznajemy, nie chodzi mu nawet o to, aby ulżyć chorym w cierpieniu, nie jest to też potrzeba zrodzona z empatii. Rieux traktuje ten zawód jak każdy inny. Ma on swoje zadania, które powinno się realizować. Kiedy dżuma zaczyna zabijać, doktor czuje absurd sytuacji, w której się znalazł, ale nadal odgrywa swoją rolę najlepiej, jak potrafi. Jego postawę można nazwać bohaterstwem, ale jak sam mówi: to wcale nie jest bohaterstwo, ale uczciwość. Robi to wszystko na przekór życiu, być może próbując nadać mu sens.

Walka z epidemią dżumy jest więc walką, która naprawdę może mieć skutek jedynie chwilowy, doraźny, bo końcem życia jest śmierć. Tak więc nawet wyleczenie z dżumy jest tylko chwilowym sukcesem. Rieux podejmuje wyzwanie choroby, a nie – śmierci. Rolą lekarza jest zatem bunt wobec tego absurdu, jakim jest epidemia. Bunt, a nie bohaterstwo jest teraz głównym, a może jedynym motywem jego czynów. Bunt w wymiarze totalnym, bo wobec wszystkiego, co nazywamy życiem, i wobec wszystkich jego przejawów. Swoim poświęceniem wyraża sprzeciw zasadom, regułom gry, która ma tylko jedno możliwe zakończenie. Wierność sobie wynika więc ze sprzeciwu, jest mocowaniem się z losem, choć skazanym na porażkę. Dlatego Rieux stara się wydrzeć przeciwnikowi tak wiele, jak będzie w stanie. „Nigdy nie będę kochał tego świata, gdzie dzieci są torturowane”[6] – mówi. Taką postawę można nazwać życiem na złość śmierci. Śmierci, która jest niejako abstrakcją, a która nabiera realności, kiedy bezpośrednio się z nią stykamy. Jednakże, jako że śmieć jest nierozerwalnie wiązana z życiem, ona ustala jego reguły i (urojony) sens, można bez zbytnich rozterek nazwać istnienie Rieux jako „życie na złość życiu”.

W tym wszystkim nie chodzi o bohaterstwo. Chodzi o uczciwość. Ta myśl może wydać się śmieszna, ale jedyny sposób walki z dżumą to uczciwość. (…) Nie wiem, czym jest uczciwość w ogóle. Ale w moim przypadku polega na wykonywaniu zawodu[7].

Wierność sobie u Camusa jest nieco inna niż u Herberta. U poety wynika ze świadomości historycznej, z upodlenia ludzi przez system. W tomiku Pan Cogito pojawia się swoisty dekalog dla każdego obywatela, którym powinien kierować się każdy, kto chce uczciwie przeżyć życie. Chodzi tu przede wszystkim o uczciwość względem samego siebie, swoich przekonań, co staje się znaczącym faktem. Podmiot liryczny jawi się jako mentor, osoba, która wie, co powinno być normą postępowania, i tej normy wymaga. Norma ta opiera się przede wszystkim na „wierności sobie” oraz „postawie wyprostowanej”. Czym są oba te pojęcia, należy wytłumaczyć. Zdaję sobie sprawę, że w pracy tego pokroju nie będzie to możliwe kompletnie uczynić, ale spróbuję przedłożyć najważniejsze tezy.

Pan Cogito o postawie wyprostowanej[8] jest niezwykle istotnym wierszem do zrozumienia przesłania poezji Herberta w ogóle. Dla mnie jest także ważny ze względu na fakt, że „postawa wyprostowana” jest ostatecznym przejawem – i jedynym możliwym – „wierności sobie” postulowanej przez autora. Dochowanie wierności zasadom owocowało przyjęciem nieugiętości, nawet wobec grożących za to „wykroczenie” konsekwencji – w ostateczności nawet śmierci. Akcja utworu Herberta dzieje się zapewne w momencie upadku i zniszczenia Kartaginy. Mieszkańcy Utyki wiedzą już o porażce i boją się, że teraz wojska rzymskie przyjmą kierunek marszu w stronę ich miasta. Pierwsza strofa jest swoistym studium upadku godności ludzkiej. Nie ma woli walki, woli działania. Najlepiej sytuację opisuje oksymoron złożony z trzech tylko słów, ale jak celnie trafiający do świadomości czytelnika: „epidemia instynktu samozachowawczego”. Mieszkańcy tego miasta zapomnieli, czym są odwaga, godność, współpraca, a chyba nawet zapomnieli już, czym jest wolność. A może to strach im nie pozwala przypomnieć. „Obywatele / nie chcą się bronić / uczęszczają na przyspieszone kursy / padania na kolana”, a nawet „uczą dzieci kłamać”[9]!

Jest to zachowanie uderzające w godność człowieka. Gdyby zachowali bierność w obliczu wroga, stawili choć szczątkowy upór, nie byłoby nic godnego potępienia. O ile bierność nie zasługuje na pochwałę, o tyle nie wydaje mi się, aby można było ją potępić w obliczu grożącej śmierci. Natomiast „padanie na kolana”, „pisanie mów wiernopoddańczych” zarówno wiążą się z utratą odwagi i godności ludzkiej, jak i atakują ceniony tak przez Herberta zmysł estetyczny. Mimo że postawa, jaką prezentują ci ludzie, jest niegodna i być może w jakimś stopniu niemoralna, spróbujmy wyobrazić sobie wygląd człowieka na kolanach. Taki gest poddaństwa wydaje się dla podmiotu lirycznego wręcz ohydny. Takie zachowanie rani nie tylko duszę, lecz także oczy. Pan Cogito. Chciałby podjąć wyzwanie, ale zostały mu odebrane wszelkie środki obrony, czuje się bezsilny, nie wie, co ze sobą zrobić. Nie potrafi pogodzić się z tym, co mu los przynosi. Czy jednak z tej sytuacji nie ma żadnego wyjścia? Czy już Pan Cogito został odarty z możliwości wyboru?

pozostało mu niewiele
właściwie tylko
wybór pozycji
w której chce umrzeć
wybór gestu
wybór ostatniego słowa[10]

Wbrew pierwszemu wrażeniu został wybór. Człowieczeństwo tego od nas wymaga, abyśmy potrafili wybrać w każdej sytuacji. Panu Cogito został wybór tego, jak umrze. Można umrzeć z godnością, z podniesioną głową lub na kolanach. Można wybrać pozycję, gest, ostatnie słowo. Tylko tyle i aż tyle. Postawa wyprostowana, którą postuluje poeta, jest wynikiem wierności sobie, pochodzi bezpośrednio właśnie od niej. Choć może się niekiedy wydawać zbytecznym heroizmem, a nawet ganioną i pogardzaną „bohaterszczyzną”, to jednak jest w swojej istocie jedyną możliwością dla osoby, która chce być szczera z samym sobą. Tu nie chodzi o postępowanie na pokaz ani z uporu, ale – dla zasady. O wiele piękniej i godniej jest umrzeć z podniesioną głową, choć oznacza to, że tę głowę się straci, ponieważ: „los patrzy mu w oczy / w miejsce gdzie była / jego głowa”. Wybór postawy, jaką zachowamy wobec śmierci, pochodzi bezpośrednio ze zmysłu etycznego człowieka. Pan Cogito woli stracić głowę, niż żyć na kolanach. To jest piękno odwagi i godności. Nie ma w tym krzty fałszu. Przykładem człowieka wiernego do końca swoim przekonaniom jest postać z historii antycznej Grecji. Za tło wiersza Dlaczego klasycy[11] posłużyły zdarzenia znane z historii starożytnej. Kolonia grecka została zdobyta przez Brazydasa, ponieważ Tukidydes spóźnił się z odsieczą. W wierszu nawet nie próbował się bronić, mówił jedynie: płynąłem szybko, inne słowa uważał za zbędne. Był generałem i wiedział, jakie są jego obowiązki wobec ojczyzny. Obiecał bronić jej mieszkańców, ale nie dał rady. Bez względu na okoliczności był świadomy, że musi poddać się karze, bo tak było uczciwie. Został wygnany, a mimo wszystko twierdzi, że było to „dozgonne wygnanie”. Tukidydes był w pełni świadom, że zawiódł, i dobrowolnie poddaje się karze, która jest dla niego paradoksalnie „dozgonnym” wygnaniem. Przyjmuje karę z godnością, bo takie są zasady, które przyjął w dniu, kiedy został wybrany wodzem.

Mogłoby się wydawać, że Herbert kładzie większy nacisk na ową „wierność sobie” i budowanie w czytelniku jej potrzeby, niż przybliża zasady etyczne, ściśle określając, co jest dobre, a co złe. Lektura wierszy każe nam odszyfrowywać w interpretacji, jakie zasady moralne powinny być naszym etosem, natomiast o wierność tym zasadom poeta apeluje zasadniczo. Zupełnie, jakby ważniejsze było samo wierne i bezwzględne przestrzeganie zasad niż to, jakie one są. Wiemy jednak, że Nike jest najpiękniejsza wtedy, kiedy czuje współczucie i żal[12]. Tym pocałunkiem wyraziłaby swój sprzeciw dla wojny. Jednak zastyga ona na cokole w takiej pozycji, w jakiej nakazują jej rzeźbiarze. Piękno jej nie pochodzi jednak od pocałunku, ale już od samego dylematu, który niewątpliwie nosi znamię rozterek moralnych. Jednak mimo wszystko pozostaje w pozycji, w jakiej jest utrwalona w świadomości ludzkiej. Pragnie zdobyć się na ten piękny gest, ale nie taka jest jej rola, ona ma prowadzić do walki. Jej zadanie jest inne – niewdzięczne, bo niewdzięczne, ale sprecyzowane nawet przez rzeźbiarzy zaklęciem Nike w marmur z wyciągniętą w rozkazie ręką. Czy to by znaczyło, że wierność sobie dopuszcza obranie jakichkolwiek wartości? Czy poeta zakłada, że trzeba żyć w zgodzie z sobą, bez względu na to, jaki etos wybierzemy za obowiązujący? Nie. W innych wierszach znajdziemy scharakteryzowany system aksjologiczny poety. Herbert nigdy nie zgodziłby się na zło. Choć Nike posyła tego młodzieńca na śmierć, to jednak ginie on z „cierpkim obolem ojczyzny” pod językiem. Zginął za ojczyznę. Nike zagrzewa do walki o szczytny cel, a jej rozterki sprawiają, że przez moment jest naprawdę piękna.

Jednym z problemów, jakie podjęła filozofia na przełomie wieków, był taki, czy sama znajomość dobra i zła wystarczy, aby wybrać dobro. Czy edukacja wystarczy, aby wychować. Jak pokazuje historia – nie wystarczy. Czasy PRL były czasami, w których oszukiwano na porządku dziennym. Jednym z naczelnych haseł było „prasa kłamie”. Prasę cenzurowano. Rządy komunistów zaprowadziły terror. Wszechogarniający strach panował nad życiem społecznym. Choć ludzie wiedzieli, że tak jest źle, nie taka wizja państwa jest ich wizją, bali się wystąpić przed szereg. Łatwiej było o niemą akceptację zastanej rzeczywistości niż podjęcie jakiejkolwiek walki o sprawiedliwość i wolność. Jaskrawym przykładem stosunków międzyludzkich w dobie Rzeczpospolitej Ludowej były donosy. Chociaż nie wątpię, że współpracownicy tajnych służb – przynajmniej większość z nich – uznawali konfidencję za haniebną rzecz, mimo wszystko nie przestawali składać zawiadomień. Działo się tak z różnych powodów – ze strachu, z zawiści, z obietnicy profitów, wyjazdów zagranicznych czy innych jeszcze powodów. I właśnie dlatego wierność sobie była tak istotna. Nie tylko wtedy, ale i dzisiaj – aby znając dobro, móc je wybrać. Zło bardzo łatwo zracjonalizować, usprawiedliwić przed sobą, wytłumaczyć. Dlatego tak ważne jest wyczucie smaku. Ale też Herbert nie zostawia nas bez pomocy. W charakterze pochodni, której światło rozświetla ciemności, może służyć wiersz Przesłanie Pana Cogito[13] – swoisty dekalog, spis wartości, którym należy być wiernym aż do końca. Wiersz jest dosyć jasny i jednoznaczny, dlatego nie o omówienie owego „dekalogu” mi chodzi. Pragnąłbym zwrócić uwagę na charakter tej wypowiedzi, poetykę i warsztat twórczy. Zacznę od tego, że utwór ma budowę klamrową – zaczyna go i kończy zawołanie, czasownik w trybie rozkazującym – „idź”. Ewokuje to aktywny charakter wierności sobie. Nie tylko wystarczy obrać sobie ideały i być im wiernym w czterech ścianach swojego domu, lecz także należy o nich świadczyć w każdej chwili życia. „Idź” – wyjdź na ulice, krocz dumnie wśród ludzi, wśród tych, którzy dali się stłamsić, i pokaż, że jest inne wyjście.

W wierszu Pan Cogito o cnocie[14] cnota (w klasycznym znaczeniu virtus) zostaje porównana do niezbyt urodziwej kobiety. Nie jest atrakcyjna, nie potrafi kusić. Została spersonifikowana jako stara, płaczliwa kobieta, w okropnym kapeluszu. Straciła umiejętność kokieterii, nie uwodzi już owych „prawdziwych mężczyzn” – ani generałów, ani też atletów władzy, ani despotów. Czy w ogóle ludzi tego pokroju można nazwać prawdziwymi mężczyznami? Chyba tylko, jeżeli brać pod uwagę męstwo pierwotnych instynktów, prawa dżungli. Cnota jest cnotą, bo wciąż trzyma się starych, sprawdzonych i niezmiennych obyczajów. Jest niezmienna i wierna swojej naturze, aby człowiek mógł być wierny swojej. Osobą, która bezwzględnie powinna być wierna niezmiennym rygorom etyki, musi być według Herberta poeta. Rolą każdego z nich jest tworzyć ścieżki prawdzie, opisywać cierpienie niewinnych ludzi, występować przeciw tyranii. Choć jest to zadanie trudne, niebezpieczne, za co przecież można było stracić głowę (Pan Cogito o postawie wyprostowanej), a w najlepszym wypadku groziło ośmieszenie i ostracyzm. Choć mógł poświęcić się pisaniu peanów na cześć władzy, jak sam to nazywa: „zniżyć świętą mowę do bełkotu z trybun czy gazet”[15], nie chciał tego. Podmiot liryczny jednego z jego wierszy wybiera przecież i tworzy „suchy poemat moralisty / tak – tak / nie – nie”[16]. Jest to prawda prosta, jednoznaczna, jednokolorowa. Już sam termin „suchy poemat moralisty” ma wskazywać na niejaką bezlitosność oceny. „Suchy” to znaczy niezezwalający na rewizję pojęcia, niedopuszczający do relatywizmu; jednoznaczny i niezmienny. Jak się dowiadujemy, wartości mają być oceniane bezwzględnie, według zasady „tak – nie”, nie ma miejsca na relatywizm poznawczy. A za tym równocześnie zdajemy sobie sprawę, jak trudnym zadaniem jest wierność swoim przekonaniom, gdy wymagają od nas jednoznaczności i zdecydowanego opowiadania się za jednymi rzeczami, a odrzucania – innych. Jak wiemy, alter ego poety, Pan Cogito, „nigdy nie ufał sztuczkom wyobraźni”, nad wszystko „uwielbiał tautologie / tłumaczenie idem per idem / że ptak jest ptakiem / niewola niewolą / nóż jest nożem / śmierć śmiercią”[17]. Miało to chronić przed pułapką przewartościowania wartości, zmiany zakresu dobra i zła, zatarcia granic. Jak sam mówi: „uwielbia tautologie”, przypomina się słynny już „suchy poemat moralisty”, tu tautologia oznacza jednoznaczność i choć pozostaje ona jednym z powszechniejszych błędów językowych, w tym przypadku służy prawdzie. Prawdzie obiektywnej, którą da się uzyskać tylko dzięki uczciwości w nazywaniu rzeczy. „Kochał płaski horyzont linię prostą przyciąganie ziemi”, kochał prawdę, człowieczeństwo, przyziemność („przyciąganie ziemi”). Jak zauważa podmiot, życie ma ruch wahadłowy – człowiek jest rozpięty między dwiema skrajnościami, które są cierpieniem, i między nimi się przemieszcza, zawsze jednak gdy do nich dociera, nie może ominąć cierpienia. Pan Cogito chciałby zostać „wierny niepewnej jasności”. Wybiera piękno kruche i niepewne, ledwie tlące się światło, dające nieco blasku sobą.

Smak jest to, w odróżnieniu od pojęcia biologicznego, zespół upodobań artystycznych i estetycznych. Smak określa stosunek odbiorcy do dzieła i warunkuje jego odbiór. Smak jest indywidualny dla każdego człowieka, jest on subiektywny i charakterystyczny dla danej jednostki. Jest podstawowym pojęciem filozofii estetycznej Immanuela Kanta.

To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
nasza odmowa niezgoda i upór
mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku[18]

Wiersz ten jest odpowiedzią autora na pytanie, dlaczego nie dał się porwać nurtowi socrealizmu, dlaczego nie poddał się władzy. Podmiot twierdzi, że odmowa nie była wcale trudna, nie wymagała wielkich wyrzeczeń. Owszem, potrzeba było nieco odwagi, ale jednak to nie odwaga zadecydowała o sprzeciwie. Podmiot nie mógł się zgodzić na zaakceptowanie otaczającego świata, ponieważ jego smak mu na to nie pozwalał. Reżim zapewnił swoim obywatelom ohydę nazwaną przez język propagandy – operujący „parcianą” retoryką i łańcuchem tautologii – pięknem. Oszukiwał, że rzeczywistość jest inna, niż była naprawdę. Komunizm nie został określony przez podmiot ani jako zbrodniczy, ani nieludzki, ani okrutny, ale jako niesmaczny. To właśnie estetyka nie pozwoliła zgodzić się na taką rzeczywistość, jaką proponowano, i to właśnie estetyka, zmysł piękna jest niezbędny, niezbędny jest właśnie smak, „który każe wyjść / skrzywić się wycedzić szyderstwo / choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała / głowa”. Wydaje się w świetle powyższych słów, że choć sam wybór właściwej drogi był prosty, to już wytrwanie w postanowieniu takie nie będzie. Podmiot jednoznacznie stwierdza, że za obstawanie przy swoich poglądach może grozić śmierć. Dlatego kontestacja wymagała odwagi, ale w o wiele większym stopniu była to kwestia konieczności, jedyna możliwa odpowiedź na niezadane przecież pytanie.

W 1983 roku wychodzi tomik Raport z oblężonego miasta. Jest on odpowiedzią na wydarzenia, które wstrząsnęły narodem. Chodzi oczywiście o wprowadzenie stanu wojennego. Oblężonym miastem wymienionym w tytule jest Warszawa, ale też może być Polska. Alegoria oblężonego miasta u Herberta wpisuje się w stwierdzenie Camusa, że „miasto Oran jest wszędzie”. Poetyka utworów autora Potęgi smaku w jakiś sposób wpisuje się w przesłanie Dżumy. Dżumą mógłby być reżim, który rozprzestrzenia się w całym kraju, aż w końcu zamyka się w swoich granicach, odcinając od świata. Zaczyna oblężenie swojego miasta. Camus wskazał w powieści różne postawy ludzkie wobec epidemii, ale też w konstrukcji postaci doktora Rieux pokazał, jakie jest lekarstwo na tę chorobę.

Zauważmy, że system wartości, jaki propaguje Herbert, jest niezwykle restrykcyjny. Ma wyraźnie wyznaczone granice, a do tego jest wymagający wobec człowieka, który zdecyduje się go przyjąć – wszak może przynieść ze sobą nawet śmierć. Pisząc do Ryszarda Krynickiego, mówi, jaka według niego powinna być rola poety w społeczeństwie:

na chude barki wzięliśmy sprawy publiczne
walkę z tyranią kłamstwem zapisy cierpienia

gdy wyschnie źródło gwiazd
będziemy świecić nocom

gdy skamienieje wiatr
będziemy wzruszać powietrze[19]

Poeta chce powiedzieć, że nie ma innego wyjścia, innej możliwości, niż tylko być uczciwym wobec siebie i innych. Nawet gdyby nie było już innych ludzi potrafiących stanąć z podniesionym czołem, oni [poeci] nie zrezygnują, bo taka jest ich rola – być światełkiem w tunelu. To samo ma na myśli Camus, kiedy pisze w Człowieku zbuntowanym, że woli „raczej umrzeć, stojąc, niż żyć na klanach”[20]. W tej kwestii obaj autorzy niewątpliwie by się ze sobą zgodzili. To właśnie postawa pełna godności i odwagi wobec zastanej rzeczywistości świadczy o wartości człowieka, konstytuuje jego jestestwo i nadaje kształt życiu, które jest w swojej istocie ciągłym zmaganiem się z przeciwnościami. Ciekawe jest to, co mówi ojciec Paneloux w drugim kazaniu. Słowa odnoszą się do postawy doktora Rieux, który natchnął kapłana do stawienia czoła klęsce. Mówi on, że „nie należy słuchać tych moralistów, którzy powiadają, że trzeba paść na kolana i poniechać wszystkiego. Trzeba iść naprzód w ciemnościach, trochę na oślep i próbować czynić dobrze”[21]. Tak został ujęty sens człowieczeństwa – nie poddawać się, walczyć, brać życie w swoje ręce, choć nieraz pozostaje jedynie ręce te załamać i rozpaczać.

Pragnę porównać dwa znaczące cytaty – jeden z powieści Camusa, drugi z wiersza Herberta pt. Pan Cogito a pop. Znajdujemy w nich zbliżony punkt widzenia obu pisarzy. Rieux w jednej ze swoich kwestii mówi:

Czuję się bardziej solidarny ze zwyciężonymi niż ze świętymi. Sądzę, że nie mam upodobania do bohaterstwa i świętości. Obchodzi mnie tylko, żeby być człowiekiem[22] .

Pan Cogito natomiast przyznaje:

kłopot polega na tym
że krzyk wymyka się formie
jest uboższy od głosu
który wznosi się
i opada[23]

Krzyk jest może i efektowny, ale nie jest tak bogaty jak głos. Jest jednolity, nie przekroczy swojej granicy, nie ma takiej skali jak głos. Krzyk mógłby symbolizować bohaterstwo. Heroizm jawny, wyróżniający się. Rzucenie wyzwania silniejszemu wrogowi według zasady „z szabelką na czołgi”. Ale czy o to chodzi? Odwaga granicząca z szaleństwem pomija pewne aspekty rzeczywistości, ponieważ „nie zna półtonów” – jest „jaskrawie ciemna”. Oczywiście postawa prezentowana w tym wierszu bardziej pasuje do „bohaterszczyzny” niż bohaterstwa.

Narrator proponuje właśnie tego nieefektownego i skromnego bohatera [Grand], który miał tylko dobre serce i pozornie śmieszny ideał. W ten sposób prawda otrzyma to, co jej się należy, rachunek dwa plus dwa swoją sumę cztery, a bohaterstwo miejsce drugorzędne, które jest jego miejscem tuż po, ale nigdy przed wielkodusznym żądaniem szczęścia[24] .

Camus nie uważa też, że maksymalizm etyczny mógłby być sposobem na życie. Chyba nawet nie jest to możliwe w naszym świecie, przepełnionym cierpieniem. Wszyscy ludzie popełniają błędy, każdy z nas nosi w sobie jakieś winy; niemożliwe jest pozostanie w stanie niewinności. Niewinne i nieskażone złem pozostają jedynie dzieci. Dzieci zbyt młode, zbyt krótko żyjące, aby zło mogło je skazić, po częstokroć jeszcze nieświadome zła. Nieświadomość zła i absurdu decyduje o czystości ich dusz. Rieux mówi o Cottardzie:

Jedną tylko prawdziwą zbrodnię popełnił: zgodził się w swym sercu na to, co zabija dzieci i dorosłych. Resztę rozumiem, ale to muszę wybaczyć[25].

Camus nie wymaga zachowania etyki skrajności w każdej dziedzinie życia tak jak Herbert, który pisze, że postępowanie powinno przebiegać według oceniania „tak – tak, nie – nie”. Z lektury Dżumy wynika, że taka postawa, choć niewątpliwie pożądana i chwalebna, jest równocześnie niemożliwa. Rieux mógł zrozumieć ciemne interesy Cottarda – zrozumieć oczywiście nie oznacza zaaprobować, choć niesie za sobą pewną dozę wyrozumiałości – ale nie mógł w żadnym razie zrozumieć jego wewnętrznego przyzwolenia na zło, które zabija niewinne istoty. Ideałem bohatera jest skromny Grand, który nie kierował się niczym więcej niż tylko dobrym sercem. Nie poświęcał się walce z dżumą całym sobą, ale na tyle, na ile mógł sobie pozwolić. Każdy jednak powinien dążyć do zachowania maksymalnej uczciwości w dziedzinie życia, jaką może nazwać swoim powołaniem, swoją ideą przewodnią. Może to być zawód, rola – nauczyciela, wychowawcy, polityka – cokolwiek, co nada sens pustemu życiu.

 

[1] s.167. Wszystkie cytaty z powieści Dżuma za: Albert Camus, Dżuma, przełożyła Joanna Guze, Warszawa 1991.

[2] s. 85-86.

[3] s. 31.

[4] s. 62.

[5] s. 199.

[6] s. 143.

[7] s. 109.

[8] Wszystkie cytowane wiersze Z. Herberta za [chyba że zaznaczono inaczej]: Zbigniew Herbert, Wiersze wybrane, Wydawnictwo a5, Kraków 2005. W dalszych przypisach będę podawał tytuł wiersza oraz stronę.

[9] Pan Cogito o postawie wyprostowanej, s. 227.

[10] Tamże.

[11] s. 176.

[12] Por. Nike która się waha, s. 38.

[13] s. 229.

[14] s. 255.

[15] Do Ryszarda Krynickiego – list, s. 250.

[16] Kołatka, s. 52.

[17] Pan Cogito i wyobraźnia, s. 247.

[18] Potęga smaku, s. 283.

[19] Do Ryszarda Krynickiego – list, s. 250.

[20] A. Camus, Człowiek zbuntowany, przełożyła Joanna Guze, Warszawa 1998, s. 23.

[21] s.149.

[22] s.167.

[23] Pan Cogito a pop, s. 204.

[24] s. 91.

[25] s.195

Rafał Siemko
Autor jaki jest, każdy widzi. Absolwent filologii polskiej, na co dzień pracuje w branży ubezpieczeniowej. Wielbiciel Metalliki, poezji Herberta, Miłosza i Szymborskiej oraz prozy Camusa i Vargasa-Llosy.
Skąd nazwa bloga? Rano czytam, później idę do pracy; po pracy gram na gitarze albo w piłkę nożną bądź squasha. A czas na pisanie znajduję jedynie w nocy.
Rafał Siemko on Blogger

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *