Raj ma smak azbestu – Edward Redliński, Szczuropolacy. Podsłuchowisko

Książka Edwarda Redlińskiego to pozycja, która może pokusić się o miano kultowej w czasach, kiedy tylu naszych rodaków wyjeżdża za granicę, niczym do raju obiecanego, w poszukiwaniu pracy i godnych zarobków. Jej akcja jest co prawda osadzona w czasach przełomu transformacyjnego, kiedy w Polsce „skończył się komunizm”, a nieśmiało zaczął wschodzić kapitalizm. Opowiada ona o losach sześciu Polaków gnieżdżących się w malutkim mieszkaniu w Nowym Jorku. Azbest  twardziel, najdłużej mieszkający w USA, zaczynał od zrywania azbestu, teraz próbuje założyć własny biznes. Pank przyjechał, aby zrobić karierę muzyka. Jest też Potejto, który od trzech lat nieprzerwanie pracuje w rzeźni po szesnaście godzin, wieczny kombinator Lojer oraz Profesor: niegdyś uhonorowany w Stanach Zjednoczonych doktoratem honoris causa, teraz zapominany przez wszystkich topi żale w alkoholu. I wreszcie Mruk. Współlokatorzy obdarzyli go tym mianem ze względu na to, że cały dzień leży w łóżku i nie ma z nim kontaktu. Przeszedł załamanie nerwowe, kiedy były pracodawca go oszukał i nie wypłacił ciężko zarobionych pieniędzy. Kwota niebagatelna, bo 7000 dolarów.

Ameryka okazuje się całkiem inna niż wyobrażenia, którymi kierowali się emigranci, podejmując decyzję o przyjeździe. Okazało się, że Nowy Świat nie przygarnął obcych dzieci jak dobra matka zastępcza, a kazał im znosić upokorzenia i pracować ponad siły. Kraj okazał się niegościnny dla przyjezdnych, którzy jechali po zbawienie, a znaleźli pogardę, wyzysk i brak pomocy nawet ze strony rodaków. Dlaczego więc nie wyjadą? Z kilku względów. Powstrzymują ich głównie duma i wstyd. Oba te czynniki razem i każdy z osobna. Nie wyjadą, ponieważ boją się kpiących spojrzeń sąsiadów, surowej oceny oraz pretensji ze strony rodziny. Ameryka wciąż istnieje w marzeniach Polaków mieszkających w kraju jako Ziemia Obiecana, która daje szansę i nowe, lepsze życie. Miarą sukcesu staje się ilość dolarów, która spływa do rodzin pozostałych w Polsce. Powrót oznaczałby dla tych ludzi porażkę i wstyd wśród ziomków i rodziny. Bo Ameryka to mit. A ci, którzy wyjechali, dodatkowo ten mit podsycają, kiedy kontaktują się z pozostawionymi w domu żonami, mężami czy dziećmi. Nie odważą się powiedzieć, że jest im źle, że cierpią, że są na skraju załamania, bo udowodniliby tym samym swoją nieudolność. Nie przyznają, że mieszkają w sześć osób na kilkunastu metrach kwadratowych, a podstawą ich wyżywienia stanowią jajka, bo są najtańsze. Boją się ocen ze strony bliskich. Wolą twierdzić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, wykonywać pracę, której żaden Amerykanin by się nie podjął, tj. pracę rzeźnika, pracę przy rozbiórce azbestu z dachów, sprzątania u majętnych ludzi. Mimo to nie chcą wracać, bo boją się wyśmiania i lekceważących spojrzeń sąsiadów. Wolą dalej brnąć w ten emigrancki syf.

Należy dodać, że taka sytuacja nie jest wynikiem jedynie braku gościnności Nowego Jorku. Polacy w nie mniejszym stopniu sami tworzą sobie małe piekiełko. Przenoszą stare, polskie przywary na nowy ląd. Konflikty między nimi są na porządku dziennym. A najgorsze, że dotyczą spraw całkiem nieistotnych. Profesor z Lojerem kłócą się o jajko, co przewija się przez całą powieść i wraca co chwilę jak niewyleczona grypa. Oponenci nie potrafią, a może nie chcą zauważyć swojej śmieszności. W asymilacji nie pomagało także podejście polskich gastarbeiterów do życia, ich mentalność cierpiętnika. Według autora jest jedna, szczególna rzecz, po której można bezbłędnie poznać Polaka za granicą. Nie są to (jeszcze) skarpety ubrane do sandałów, ale… ponura mina. Trudno się nie zgodzić z tą oceną. Polacy rzeczywiście mają takie usposobienie, jakąś naturalną skłonność do narzekania. W USA na pytanie: „how are you?” odpowiada się zawsze: „I`m fine”, a w Polsce na pytanie: „Co u Ciebie?” można usłyszeć (z charakterystycznym zaciągnięciem): „stara biiiiida”. Przeniesiona z Polski została także zawiść – jak mówi Profesor: „kiedy widzę, że innym jest gorzej, jakoś lżej na duszy się robi.”

Wyjaśnienia wymaga tytuł książki: Szczuropolacy. Podsłuchowisko. Pierwszy człon określa subiektywne odczucia emigrantów na temat życia w USA. Dokładnie tłumaczy ten termin Profesor. Według jego słów miasta w Ameryce dzielą się na dwie części. Jedną zamieszkują rodowici Amerykanie. Pracują, mieszkają, wychowują swoje dzieci. To jest właśnie prawdziwa Ameryka. Druga część to slumsy, „szczurowisko”, które zamieszkują w nędzy imigranci-szczury. Idąc Piątą Aleją przemykają jak gryzonie, unikając spojrzeń zasobnych Amerykanów. Polacy, Portorykańczycy, Murzyni, Meksykanie – wszyscy są pogardzani przez miejscowych, którzy pozwalają im „podkradać” dolary w pracy, której nikt nie chciałby wykonywać, za pensję, których nikt by nie przyjął. Podtytuł Podsłuchowisko natomiast wziął się stąd, że narrator podsłuchuje rozmowy lokatorów. Na co dzień pracuje jako ghostwriter. Cały tydzień spisuje wspomnienia swojego pracodawcy, a do mieszkania przychodzie jedynie w weekendy, aby się wyspać. Łyka tabletki na sen i kładzie się do śpiwora. Niekiedy budzą go głośne rozmowy lokatorów, ale dalej leży i nie daje po sobie poznać, że już nie śpi. Podsłuchuje.

Edward Redliński opowiada w swojej książce o tych, którym nie powiodło się za oceanem. Chociaż dla ścisłości należy powiedzieć, że to rzeczywistość okazała się inna od oczekiwań. Ameryka miała być ziemią obiecaną, a jest lądem wyzysku, niespełnionych marzeń i zaprzepaszczonej szansy.

Powieść wciąga z kilku powodów: jest nieprzewidywalna, zaskakująca, ale też bardzo swojska, bo Polacy nawet za ocean przenieśli swoje małe piekiełko, w którym egzystują, próbując złapać Pana Boga za nogi. Wszystko, co znają, co pamiętają z ojczyzny, próbują przenieść na nową rzeczywistość, ale realia Nowego Jorku nie pozwalają ich zaadaptować. Różnice kulturowe są dla nich nie do przekroczenia, wciąż nie potrafią się przystosować do warunków, jakie stawia nowy kraj. Jest to czasem śmieszne, ale częściej tragiczne. I taka właśnie jest ta książka.

 

Tekst pierwotnie ukazał się w portalu NoirCafe.pl

Edward Redliński, Szczuropolacy. Podsłuchowisko, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa, 2010.

 

Rafał Siemko
Autor jaki jest, każdy widzi. Absolwent filologii polskiej, na co dzień pracuje w branży ubezpieczeniowej. Wielbiciel Metalliki, poezji Herberta, Miłosza i Szymborskiej oraz prozy Camusa i Vargasa-Llosy.
Skąd nazwa bloga? Rano czytam, później idę do pracy; po pracy gram na gitarze albo w piłkę nożną bądź squasha. A czas na pisanie znajduję jedynie w nocy.
Rafał Siemko on Blogger

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *