„Żołnierz królowej Madagaskaru” w Teatrze Polskim

Review of:

Reviewed by:
Rating:
5
On 28 marca 2019
Last modified:28 marca 2019

Summary:

Żołnierz królowej Madagaskaru to jeden z najsłynniejszych polskich wodewili, jego autorem jest Stanisław Dobrzański, najpopularniejszy z autorów teatralnych XIX wieku, przez większość życia związany z poznaniem i Lwowem. Utwór okazał się na tyle atrakcyjny, że w latach trzydziestych nową i uzupełnioną jego wersję przygotował Julian Tuwim. Przedstawienie opracowane przez poetę było wielkim sukcesem scen muzycznych lat trzydziestych. Później Żołnierz został jeszcze dwukrotnie sfilmowany (1939 oraz 1958), a także był wielokrotnie wystawiany na scenie różnych teatrów. Dzisiaj wraca w wielkim stylu za sprawą Teatru Polskiego w Warszawie.

Spektakl, zgodnie ze swoim pierwowzorem, osadzony został w realiach dwudziestolecia międzywojennego. Fabuła jest dosyć prosta, a temat charakterystyczny dla niejednej komedii; oto owdowiały radomski mecenas, Saturnin Mazurkiewicz jedzie do Warszawy wraz ze swoim wyrośniętym synem Kaziem, ponieważ planuje ubiegać się o rękę panny Sabiny Mąckiej. Jego planom sprzyjają dwie ciotki dziewczyny. Mazurkiewicz, prezes Towarzystwa Krzewienia Dobrych Obyczajów i Walki z Zarazą Moralną zostaje mimowolnie wplątany w rodzinną intrygę, która może mu znacznie zaszkodzić i pogrzebać jego reputację obrońcy moralności. Mężczyzna ma uratować krewnego Sabiny przed złym wpływem gwiazdy rewii, niejakiej Kamilli. A może wcale nie tego młodzieńca, a jego wuja, który nazywa się dokładnie tak samo jak jego bratanek. Intryga co prawda jest to niezbyt wymyślna, motywy i chwyty te są już zgrane i wyeksploatowane ale w tym przedstawieniu wcale nie fabuła jest najważniejsza, ponieważ to jest jedynie rama okalająca niezwykle kolorowy i piękny (impresjonistyczny) obraz.

Już scena otwarcia może zaskakiwać, ponieważ Teatr Polski nie jest miejscem, w którym spodziewalibyśmy się zobaczyć przedstawienie, w którym wiodącą jest forma muzyczna. Sądzę, że jakkolwiek stali widzowie zapewne byliby zaskoczeni musicalem, to wodewil musi być małym szokiem. Przedstawienie zaczyna się czymś w rodzaju teatru w teatrze; miejscem akcji jest teatrzyk Arkadia, a główną jego gwiazdą jest diwa Kamilla, a towarzyszą jej (i przy tym dają wspaniały występ taneczny) cztery tancerki. Zaraz później przenosimy się do domu Mąckich.

Przeniesienie akcji w tym kierunku jest zabiegiem celowym, ponieważ od razu widoczny staje się dla widza kontrast między wyzwolonym obyczajowo światem kabaretu a mieszczańską, być może trochę fasadową etykietą, którą wyznają Mąccy. Oczywiście ośrodkiem akcji będzie granica, na której te dwa światy się spotkają, a w samym jej środku, niejako w rozkroku między pokusą a obowiązkiem będzie stał mecenas Mazurkiewicz, który dostał zadania ratowania młodego Mąckiego przed zepsuciem. Choć – jak to w farsach bywa – może się okazać, że to sam prezes radomskiego towarzystwa obrońców moralności będzie potrzebował ratunku. A jeszcze jakby tego były mało, Mazurkiewicz ma na głowie swego wymagającego stałej uwagi syna, Kazia, który okazuje się wyrośniętym dzieciakiem, niezwykle infantylnym, żyjącym w świecie własnych wyobrażeń. Zafascynowany Afryką (zapewne pod wpływem książek Malinowskiego) chłopiec tak bardzo pożąda przygód, że sam je kreuje, trochę jak Don Kichot. A jeśli zauważymy, że jest chorobliwie zafascynowany ogniem i środkami wybuchowymi (przywozi ze sobą cały kufer fajerwerków) to katastrofa gotowa.

Kostiumy i scenografia opracowane przez Justynę Łagowską, muzyka w opracowaniu Krzysztofa Herdzina jak i choreografia Agnieszki Brańskiej są świetnie ustylizowane na modłę z epoki ale też pozostają na wskroś współczesne. Taka stylizacja, w której czas akcji jest niedookreślony, gdzie przeszłość i teraźniejszość się przenikają (choć widz pamięta, że akcja dzieje się w założeniu w latach trzydziestych ubiegłego wieku) jest konwencją przewodnią dla całego spektaklu. Najwspanialsza w przedstawieniu jest jednak bez wątpienia choreografia. Istne mistrzostwo; nie wiem, czy dałoby się coś zrobić lepiej. I chodzi nie tylko o taniec. Przede wszystkim o taniec ale też o ruch sceniczny, który wzmaga efekt komiczny wydarzeń dziejących się na scenie (szczególnie w interakcjach Mazurkiewicz – Sabina). Jak przystało na rewię oczywiście ważna też będzie scenografia – zobaczymy naturalnie kankana (tak, jest to element choreografii ale też w pewnym sensie scenografii jako element świata przedstawionego), pióra, kabaretki; tło jest pełne świecących elementów, pstrokacizny. Są tańce, jest i humor jak na wodewil przystało. Wszystko jest w idealnych proporcjach, wszystko dopracowane, wycyzelowane wręcz. Największe wrażenie zrobiła na mnie scena, w której rewiowy kankan niepostrzeżenie przechodzi w walca.

Nie mogę nie wspomnieć o wykorzystaniu obrotowej sceny w realizacji spektaklu. Dzięki temu technicznemu rozwiązaniu mamy aż pięć (a może i więcej) mieść akcji, między którymi szybko można się przenosić. Spektakl sam w sobie jest dynamiczny, a takie niemalże „taśmowe” przenoszenie się z jednego pomieszczenia do drugiego dodatkowo narzuca tempo. No i nadaje tym scenom charakter filmowy.

No właśnie: rewia i wodewil. Te określenia pojawiają się często w stosunku do tego przedstawienia. A czym w istocie jest Żołnierz…? Jeżeli rewię umownie nazwiemy scenki humorystyczne z elementami tańca i piosenki, wodewil natomiast muzyczny utwór sceniczny ze śpiewami i tańcem, to chyba raczej Żołnierz… będzie tym pierwszym. Wydaje mi się, że motywy pstrokacizny w ubiorach i scenografii, pióra, kabaretki etc. bardziej pasują właśnie do rewii aniżeli wodewilu. Ale być może jest to całkiem akademicka dyskusja, która w istocie niewiele do odbioru przedstawienia wnosi.

W przedstawieniu najwyraźniejszą postacią jest Saturnin Mazurkiewicz i też najjaśniej świecącą gwiazdą jest grający protagonistę Zbigniew Zamachowski. Bez wątpienia gra tutaj pierwsze skrzypce, rola jest jakby skrojona dla niego. Bez wątpienia uwagę zwraca też Lidia Sadowa. Duet wypada znakomicie, chyba też z uwagi na fakt, że ich postacie są przeciwieństwem – Sabina jest miłośniczką poezji (w tym feministycznej twórczości Marii Konopnickiej), a Saturninowi wielką trudność sprawia dyskusja o czymś innym niż banałach. Sabina jest buntowniczką, Saturnin chorobliwie nieśmiały. W pamięć zapada też Szymon Kośmider w roli konferansjera Arkadii, Cabińskiego. Wielkiego mężczyzny z nieskrywanym problemem z alkoholem. No i w końcu jest też Krzysztof Kwiatkowski w roli Kazia. Kwiatkowski jest już dorosłym, wysokim mężczyzną. Ubranie go w krótkie spodenki i kamizelkę harcerza wzmaga komiczny efekt, jaki prezentuje sobą sama postać Kazia. Oprócz tego aktor najwyraźniej dostał od reżysera pozwolenie na szarżowanie w tej roli. Wygląda to trochę jakby aktor przyjął słuszną dawkę kofeiny dożylnie, aby zagrać nadaktywnego dzieciaka. I wyszło mu to znakomicie.

Żołnierz królowej Madagaskaru jest doskonałą propozycją na spędzenie wieczoru. Spektakl wizualnie jest bez najmniejszych zastrzeżeń, choreografia jest wręcz genialna, muzyka choć uwspółcześniona, to oddaje klimat lat trzydziestych. Na scenie widzimy rewię z cała feerią barw, piór, tańca, grą świateł. Niektóre obrazy są żywcem wyjęte z telewizyjnego talent show, co nie jest zarzutem ani wadą, przeciwnie – z perspektywy widza bliskość sceny nadaje temu przedsięwzięciu rozmachu, żywiołowość jest wręcz namacalna. Coś wspaniałego.

Autor: Julian Tuwim
Opracowanie tekstu: Krzysztof Jasiński
Reżyseria: Krzysztof Jasiński
Dekoracje i kostiumy: Justyna Łagowska
Opracowanie muzyczne: Krzysztof Herdzin
Choreografia: Agnieszka Brańska
Przygotowanie wokalne: Monika Malec
Asystent scenografa: Katarzyna Jeznach
Efekty pirotechniczne: Tomasz Pałasz
Producent wykonawczy: Justyna Kowalska
Asystent reżysera: Przemysław Pawlicki
Sufler: Małgorzata Ziemak

 

No votes yet.
Please wait...
 
Rafał Siemko
Autor jaki jest, każdy widzi. Absolwent filologii polskiej, na co dzień pracuje w branży ubezpieczeniowej. Wielbiciel Metalliki, poezji Herberta, Miłosza i Szymborskiej oraz prozy Camusa i Vargasa-Llosy.
Skąd nazwa bloga? Rano czytam, później idę do pracy; po pracy gram na gitarze albo w piłkę nożną bądź squasha. A czas na pisanie znajduję jedynie w nocy.
Rafał Siemko on Blogger

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *